Krzywda

Dawno nie widziałem tak esencjonalnej kampanii do Warhammera. Nie chodzi o to, że jest wybitna, czy w ogóle o jej jakość. Po prostu zawiera w sobie 120% tej mieszaniny przygody i mroku, która czyni Młotka tym, co znamy i lubimy. Co więcej, jest to Warhammer à la Polonais, ze sporą szczyptą swojskiej smuty i umierania w błocie. Nic dziwnego, że spotkał się z pozytywnym przyjęciem nawet poza fantastycznym środowiskiem. 

Drugie najście dżungli

Napisałem opowiadanie o myszach. Znaczy o jednej myszy, błędnej Rycerce i jej problemach z autorytetami. Rzecz dzieje się w postapokaliptycznej z naszego punktu widzenia scenerii porzuconych rodzinnych ogródków działkowych. Na dodatek wybudowanych na ruinach tajemniczego instytutu.

Jest tam dużo o ogrodach. Przestrzeni w połowie drogi między naturą i kulturą, przestrzeni o, która trzeba dbać i która też zmienia ciebie, gdy to robisz. Samemu nie potrafię w taką relację z przyrodą, mój ulubiony ogród to las. Mam jednak olbrzymią przyjemność patrzeć jak dwie najbliższe mi osoby czerpią radość z ogrodnictwa i powolnego, cierpliwego zmieniania zakątka świata. Bez nich bym tego w życiu nie napisał. Dziękuje.

Tekst znajdziecie w antologii Przestrzenie pomiędzy światami, za darmo do pobrania na stronie iAtelier.

Wyślijcie więcej Chucka

W nowej O!Fce jest moje opowiadanie!

Humorystyczne mocno absurdalne science fiction, o kosmitach, rockendrollu, buncie i rzecz jasna o sztucznej inteligencji. Bezpretensjonalne i sympatyczne.

Jest to również pierwszy tekst przy którym pomagała mi nowo powstała grupa osób piszących w Stowarzyszeniu Avangarda.

Tym, razem dla odmiany tekst który miał być zabawny rzeczywiście taki wyszedł.

Czniać literaturoznawców albo dlaczego fandom to nie są ludzie

Edit:
Napisałem zły tekst.

Zły w tym znaczeniu, że nie udało mi się przekazać, tego, czego chciałem. Chciałem oburzyć się na mówienie innym jak się bawić i relacje hierarchi – które są i powinny być dla fandomu obce i niewłaściwe, a wyszedł mi taki który obraża ludzi.

Nie było moją intencją wypychać kogokolwiek, napisałem wprost o witaniu z otwartymi ramionami. Chciałem być zabawny, wyszedłem niemiły.

Tekst zlatuje z fejsa, bo wywołał tam burze, której nie chce. Dla świadectwa własnych błędów zostanie tu z tym komentarzem.

Zapowiada się, że będzie to długi tekst. Postaram się więc droga czytelniczko, utrzymywać twoją uwagę wrzucając od czasu do czasu odpowiednio kontrowersyjny śródtytuł. Osobom o delikatnych nerwach sugeruje pomijać je przy czytaniu.

Dyskusja zaczęła się tekstem w prawdziwym papierowym czasopiśmie co to ą, ę i bułkę przez bibułkę, czyli w „Ha! Art nr 62”. Marcin Świątkowski piszę tam o rozdźwięku między mainstreamem i fantastyką (hej! Też mam o tym artykuł) zbaczając na to, czym fandom jest, i na przykładzie Emarginacji krążąc wokół tezy, że fandom pełni funkcje literaturoznawców. Odpowiedział mu na substacku Tomek Kozłowski, pewne rzeczy prostując. Ponieważ jednak Tomek jest raczej grzeczna i kulturalną osobą, postanowiłem przynieść kanister z benzyną.

Zarysowując z grubsza kształt inby – chodzi o to, jaka jest relacja między ekspertami, znawcami a fandomem. Czy jedni potrzebują drugich i co możemy dać sobie nawzajem? Otóż w tej sprawie przebiorę się w sukmanę chłopomana godnego Bronowic. Fandom jest dla mnie głównie wspólnotą zajawek. Ze swojej natury emocjonalny, a nie intelektualny i eksperci mają w nim miejsce o tyle, o ile nie przeszkadzają. Zapraszam do wyjaśnienia dlaczego 🙂

Zmyślone teorie i (nie)realne problemy 

Zacznijmy od erpegów, bo to zjawisko jest tam bardziej przerysowane i przez to łatwiejsze do przedstawienia. Przypomnę, że gry fabularne to taka zabawa dla 13 latków gdzie parę osób przy stole turla kostkami i prowadzi wymyślone ludziki, w fantastycznej historii. Rzucają fajerbolami i biorą questy od tajemniczych nieznajomych w karczmie. Doskonała zabawa, spędzam na niej lata życia.

W miarę rozwoju hobby pojawili się dookoła niego eksperci, czy też znawcy. Jedni wzięli się za badanie historii, inni za analizę tego, co tak naprawdę robimy grając. Wymyślać jakieś duże teorie, czy fafnascie kultur grania. Są oni w miarę niegroźni, a czasem nawet przydatni.

Niestety razem z nimi przybyli ekspierdzi i nauczyciele. Przychodzą z prelekcjami „13 rzeczy, które musisz zrobić przed każdą sesją”, „7 sposobów na lepsze odgrywanie postaci”, „Jak zbudować lepsze opisy”. Słowem robią wszystko, żeby to hobby przedstawić jako trudne, wymagające poważnych przygotowań i wiedzy tajemnej. Niektórzy nawet prowadzą płatne wielotygodniowe kursy z wprowadzenia do gry. Płatne kursy z grania w grę o wymyślonych ludzikach dla 13 latków.

Nie zrozumcie mnie źle. Jeśli ktoś idzie na konwent, żeby podzielić się swoja pasja, zgłasza sesje, opowiada o historii hobby, albo robi prelekcje o projektowaniu lochów to super.

Wchodzimy tu jednak na śliski grunt, gdzie bardzo łatwo z pozycji współ-celebracji przejść na pozycje pouczania. Taką, w której to jedna strona jest posiadaczem prawdy objawionej, a druga jej odbiorca. Co więcej, ta prawda dotyczy tego, jak ta druga strona ma się bawić. Przybraniu tej pozycji bardzo sprzyja przeniesienie dyskusji do internetu. Spotkania w konwentowej sali, czy w kawiarni zawsze są o wiele bardziej dwustronne niż filmik na YT.

Zwłaszcza że social media bardzo wpychają nas w taką hierarchiczną relację. Bo skoro ktoś ma tajemna wiedze jak grać w wymyślone ludziki, to kiedy się nią podzieli, należy mu się zapłata. Wypłacana w lajkach, fejmie czy wreszcie w monetyzacji oferowanej przez bigtechy. Fandom zaś nie przepada za relacjami hierarchicznymi i transakcyjnymi.

Wracając do literackich baranów

Pierwszy raz tekst Świątkowskiego rzucił mi się w oczy w formie miniaturki, która zaatakowała mnie „polem literackim”. Jako człowiek prosty pomyślałem sobie, że to pewno jakiś krakus pisał, bo u nas w Warszawie to z literaturą co najwyżej na dwór można wyjść, poczytać na ławeczce. Tymczasem chodziło nie o krakusa a Bourdieu. I to nie pole, a kluczowa kategoria le champ.

Także tego.

Akademicy wchodzący w fandom przynoszą swój specyficzny język (by nie powiedzieć profesjolekt). Przez sam fakt używania pojęć, które są dla nich naturalne (pole literatury, poetyka opisowa, czy modna przez chwile diegeza) a dla reszty niezrozumiałe, stawiają się w roli posiadaczy tajemnej wiedzy niedostępnej dla zwykłych fandomitów. Choćby nie wiem, jak dobre intencje mieli, z miejsca ustawiają relację hierarchiczną. 

Fandom tym różni się różni od akademii, że takich relacji nie szanuje.

Przynajmniej z założenia, bo podobnie jak w erpegowym świecie wszystko się z czasem zmienia i spora część nerdowskiego internetu jest zalana wideoesejami: „Poznaj prawdziwe znaczenie symboliki brody we LOTR” czy „Jak przygotować się do lektury katabazy”. Ponieważ muszą uzasadnić swoje istnienie, ich miniatury, reklamy i dyskusja dookoła jest skierowana na wywołanie poczucia, że bez nich nie będziesz, w pełni uczestniczyć w kulturze. Jeżeli nie spędzisz trzech godzin, słuchając tego podcastu, to nie zrozumiesz książki, którą chcesz przeczytać. Jednym słowem oni muszą ci powiedzieć, jak masz się dobrze bawić.

Żeby nie było, znakomita większość z nich to nie literaturo/filmo/ -znawczy czy ludolodzy. To po prostu nerdy, które próbują „larpowac akademię”.

To nie jest wspólna celebracja rzeczy, które nas kręcą. To jest próba wywołania i zmonetyzowania FOMO. Z tego typu znawcami należy postępować zgodnie z tytułem artykułu, niezależnie czy przed nazwiskiem mają stos liter oznaczających, że są doktorem mniemanologii stosowanej czy mecenasem robiącym to po godzinach.

Jezu chryste na wrotkach, ktoś w się myli!

Tak. Oczywiście, można argumentować, że wpuszczenie na konwenty akademików i zachęcenia ich do rzucania w publiczność diegezami, symulakrami i poststrukturalistyczną krytyka Conana barbarzyńcy spowoduje, że poziom prelekcji się podniesie.

Z całym szacunkiem, ale zdarzyło mi się wychodzić, trzaskając drzwiami z prelekcji doktorów i doskonale bawić się na takich prowadzonych przez 14 latki.

Ktoś mógłby się czepiać, że mylę kategorię dobrej zabawy z wartością edukacyjną. Nie mylę,  mieszam je z pełną premedytacją. Bo gdy po jednej stronie mam egalitarność, a po drugiej więcej wiedzy, mistrzów i uczniów, das Sein i gestorów wiedzy – zawsze wybiorę to pierwsze.

Fandom to nie są ludzie

Dlatego że wbrew popularnemu powiedzeniu fandom to nie są ludzie. Te same osoby mogą występować często prawie równocześnie w fandomie i poza nim. Jeżeli Zdzisio wykłada na uniwersytecie literatura współczesna i opowiada o Le Guin, za głodową pensję, to nie jest to działanie fandomowe. Jeżeli jedzie na konwent i gra tam w dedeczki to wręcz przeciwnie. Kiedy Maja pisze recenzję książki do magazynu „Inkunabuły” i dostaje za to grosze, to nie jest w fandomie. Kiedy ta sama Maja piszę do zinu „Marginalia”, to jest to bardzo fandomowe. Marginalia są tworzone wolontaryjnie, w czasie wolnym przez grupę ludzi, która robi to dla przyjemności i wyda go po kosztach druku w 100 egzemplarzach. Fandom to relacje nad stołem do dedeczków, i decyzje o poświęceniu dziesiątków godzin na organizacje darmowej imprezy czy stworzenie zina, którego pobiorą dwie osoby. W te działania jest wpisana wspólnota zajawki (robimy to dlatego, że sprawia nam to radość), i egalitaryzm (robimy to razem). Stąd wszyscy na konwencie jesteśmy na ty.

Fandom to przestrzeń w której spotykamy się żeby robić to co lubimy. To dzielenie się tym co nas kręci. Cel naszych spotkań i dyskusji jest przede wszystkim wspólnototwórczy, a nie akademicki. Nie jest rola konwentu dublować konferencje naukową, zina czasopismo, a klubu fantastyki udawać uniwersytecką katedrę. Zwłasza jeśli wymaga to wpuszczenia znawców tego i owego, którzy z pozycji autorytetu moderowali, korygowali i wskazywali  błedy w tym jak się bawimy i jak uczestniczymy w kulturze. Uderzyłoby to bowiem w egalitarne relacje które są podstawą fandomu. W przeciwieństwie do eksperckiej wiedzy która jest tylko miłym dodatkiem.

Fantastyka to jak jest trochę jak erpegi. Rozwinęła się jako rozrywka dla pryszczatych trzynastolatków marzących o innych światach. Znacznie lepiej radzi sobie z przekazywaniem fascynacji i emocji niż wiedzy.

Nie musisz rozumieć fizyki kwantowej, żeby cieszyć się SF.

Nie musisz znać poetyki opisowej, żeby się zachwycić monologiem z Blade Runnera.

Można być literaturoznawcą, który wie wszystko o literaturze z wyjątkiem tego, jak czerpać z niej radość.

Podsumowanie

Nie mam nic przeciwko literaturoznawcom w fandomie, ale niech mają tyle przyzwoitości, żeby się ze sobą nie afiszować ;). Niech przyjdą jako fanki i fani. Zostaną przyjęci z otwartymi ramionami.

Zimowy Kruk – nierecenzja

Nie mogę napisać klasycznej recenzji Zimowego numeru Białego Kruka. Z oczywistych powodów. Jestem z nim emocjonalnie związany, bo w końcu jest tam w środku mój debiut. Ponieważ z góry wiadomo, że taki zbiór opowiadań mogę tylko chwalić, postanowiłem wyłączyć wszystkie hamulce i każdemu z tekstów przyznać nagrodę*. A co.

Przedsprzedaż „Przestrzeni pomiędzy światami”

Ruszyła przedsprzedaż antologii z moim opowiadaniem!

Jak chcecie poczytać o dzielnych myszach, ogrodach i niebezpieczeństwach zdawania się z charyzmatycznymi piżmakami to zapraszam 🙂

Można ją zamówić tutaj.

Więcej o projekcie dowiecie się na stronie iatelier.

Ostatnia Zima

Tak jakoś wyszło że #po40 zostałem debiutantem literackim 🙂 (Na razie tylko w wersji elektronicznej, ale papier też w drodze).
Magazyn Biały Kruk opublikował moje opowiadanie „Ostatnia zima” trochę kryminał, trochę urban fantasy, a trochę ekofikcje.
Poleca się w tle puścić Marianne Faithfull śpiewającą Pirate Jenny i czytać o starciu magii i maszyny.

Hajda! – wersja web

PDF z Hajdą! jest już dostępny. Zgodnie z zapowiedziami za darmo. Możecie go zgarnąć na itchu.

Lingwiści, fetyszyści i skubanie kur

Wyobraźmy sobie wyjątkowo znudzonego chochlika redakcyjnego. Ten mały drań przejął kopertę z rękopisem „Opowiadań Bizarnych” Tokarczuk, zmienił nazwisko autorki na  Meluzyna Starthief i wysłał do Asimov’s Science Fiction. O dziwo nikt się nie zorientował, że nie pasują. À rebours sympatyczną humoreskę „Sabotaż funkcji celu” Michała Cholewy mógłby wysłać do Odry, Przekroju czy innego mainstreamowego środka nasennego magazynu. Jednak jeden z tych tekstów uznajemy za fantastykę, a drugie za nobliwy realizm magiczny. Dlaczego?

Hajda!

„Hajda!” już dostępna!
Wy też możecie przeżywać przygody na Dzikich Polach w XVII wieku. W miejscu, gdzie kończy się cywilizacja, a zaczyna przesąd; gdzie nad prawem przeważają pieśń i sława mołojecka. Tworzyć opowieści o piekielnikach, którzy, choć szukają wolności, to równie łatwo mogą zarobić szablą przez łeb.
Wystarczy, że na zrzutce wybierzecie nagrodę za 79 zł. Pokryje to koszty druku i wysyłki, a z każdego sprzedanego egzemplarza 39 złotych idzie na fundacje @reactfound , która wspiera Ukraińców walczących na froncie.
Pamiętajcie, żeby w informacjach dodatkowych dodać numer waszego paczkomatu lub napisać, że odbierzecie osobiście w warszawie. Cena jest ta sama – więcej kasy dostanie fundacja.
Wysyłki postaram się robić zawsze na następny dzień. Wpłaty na fundacje co 2-3 dni z zależności od sprzedaży.
Piękna okładka: Brzozo

Strona 1 z 30

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén