The Tainted Cup – minirecenzja #6

Kryminał w sztafażu fantasy nie jest specjalnie popularnym podgatunkiem ani specjalnie łatwym do napisania – magia ma tendencje do tego, żeby albo strasznie komplikować, albo strasznie upraszczać śledztwa. Robert Jackson Bennet spróbował, a my zobaczymy, jak wyszło.

Zacznijmy od aspektu fantasy, bo kreacja świata wyszła tu całkiem fajnie. Rzecz dzieje się w czymś, co trochę przypomina imperium rzymskie, ale władające potężną mago-biotechnologią. I jeszcze jest otoczone wielkimi murami i permanentnie atakowane przez olbrzymie Kaiju.

To teraz bohater — bo jak wiemy, nie można mieć dobrego kryminału, bez ekscentrycznego detektywa. Tu mam wrażenie, że do tego barszczu poleciało zbyt dużo grzybów. Główny bohater jest mago-biologicznie zmodyfikowany, żeby mieć idealna fotograficzną pamięć. Problem w tymże ma też poważna dysleksje i niespecjalnie daje sobie radę z czytaniem. Pracuje na dodatek jako asystent inspektorki, która jest bardziej szalona niż marcowy zając.

Plot zaczyna się klasycznie od jednego trupa, a potem okazuje się, że będą potrzebować większego nakazu, bo cała sprawa rozrasta się do problemów, które godzą w podstawy imperium. Nie jest to niestety przeprowadzone najzręczniej a wielkość płotu i fakt, że e pewnym momencie mamy kilkanaście ofiar sprawia, że tracimy typowe dla kryminałów skupienie, ot rzecz po prostu trochę się rozłazi.

Rozwiązanie zagadki jest ok. Choć rozłożone na etapy i przez nieco muliste. Brakowało mi takiego momentu epifanii, radości zmieszanej z zaskoczeniem w chwili kiedy dowiadujemy się, kto jest złoczyńcą. „Tainted Cup” jako kryminał nie błyszczy, jako fantasy jest ok. Jeżeli bawią cię obie te rzeczy, to możesz zaryzykować i przeczytać.

Dziwnostwory #10 – Żabnica thaumaturgiczna

Żabnica thaumaturgiczna

Gatunek ryby z gatunku Obrzydlaków. Często błędnie identyfikowany jako podobny do niego Everetia maxiliosa pitti. Osiąga do 2 metrów długości i żyje w brudnych i tropikalnych wodach. Wielce ceniona w handlu powodu odpornej na magię skóry.

Czatuje tuż pod powierzchnią wody, wystawiając ponad nią wabidełko (podobne jak u ryb głębinowych). Różni się od nich tym, że wabi ofiary nie światłem a magią. Rzucając iluzję, dzięki której potencjalnej zwierzynie zdaje się, że widzi na wodzie to, czego bardzo pożąda.

1Kupiec znad rzeki Kasi–Sa potrzebuje skór z 4k żabnic – płaci złotem.
2Drużyna, przechadzając się nad brzegiem bagna, widzi wystający z niego miecz +3.
3Obwód wabidełka popsuł się i na środku niewielkiej rzeczki pojawiła się niebieska budka policyjna.
4Żebracy śpiący w miejskich ściekach ponoć widują tam złoto, kilku nie wróciło ostatnio z kanałów.
5K4 żabnic zagnieździło się w młyńskim stawie.
6Księżna pragnie, by ktoś przywiózł jej żywą żabnicę. Chce jej użyć, żeby poznać najgłębsze pragnienia ludzi.

The Saint of Bright Doors – Minirecenzja #5

Vajra Chandrasekera

„Święty…” dostał w weekend Nebulę, czyli nagrodę przyznawaną przez amerykańskie stowarzyszenie pisarzy fantasy i SF. Mam w związku z tym bardzo mieszane uczucia.

To weird fiction, w którym główny bohater jest synem proroka. Wychowała go matka, szkoląc do zemsty, misji zabicia ojca i rozwalenia mu kultu. Tymczasem bohater zmyka do dużego miasta i próbuje sobie ułożyć życie. Chodzi nawet na grupową terapię dla „prawie wybrańców i dalszych krewnych mesjaszy”. Ten koncept jest super, pół poważny, pół absurdalny – no po prostu siada.

Podobnie samo miasto, które maluje nam autor — to najlepsza część tej książki. Jego przestrzeń jest pięknym kolażem e-maili, szamanizmu i religijnych kultów, nowoczesności i anturażu typowego dla fantasy, gdzieś pomiędzy Ankh Morpork a miastem grzybów VanderMeera. Worldbuilding jest świeży, nie nazbyt dokładny (a takie właśnie lubię) i niewymuszony. Fajnie pokazana jest dynamika społeczna miasta z różnych kast i grup etnicznych. Są też po prostu doskonałe literacko fragmenty jak historia o ojcu głównego bohatera przenoszącym góry w czasie.

Kłopoty zaczynają się, kiedy w tym świecie coś się zaczyna dziać. O ile w ogóle zaczyna, bo przez spora część książki bohater snuje się po mieście bez określonego celu (autorze pamiętaj! Nie jesteś Joycem). Skaczemy od sceny do sceny w mocno onirycznej (żeby nie powiedzieć chaotycznej) narracji. Były fragmenty, kiedy łapałem się, że nie wiem co, ani dlaczego się dzieje. Wszystko rozpada się na dziesiątki słabo powiązanych epizodów i kończy grzęznąć w mało satysfakcjonującym budyniu.

Szkoda, bo „Święty…” to przede wszystkim zmarnowany potencjał. Nastrój 7/10, substancja 2/10. Moim skromnym zdaniem na Nebulę za mało. Doceniam problemową „poważną fantastykę”, ale ta książka po prostu technicznie nie unosi rzeczy, o których chce mówić. Nie jest zła, ale wśród nominowanych były lepsze — np. Translation state.

Dziwnostwory #9 – Hangry Homunkulus

Hangry Homunkulus

Zjadł swojego stwórcę, zjadł jego magię, chce zjeść świat. Nic nie jest w stanie nasycić jego gniewu.

1Ucztuje nad truchłem powalonego bizona.
2Wysysa szpik z kości jednego z przyjaciół BG.
3Zjada samą strukturę rzeczywistości.
4Połknął właśnie bardzo cenny artefakt, którego poszukują BG.
5Zamieszkał w jamie pod miastem i żąda od rajców dostarczania dziennie stu pudów smalcu.
6Pojawia się w środku walki i zaczyna zjadać losowe osoby.

Some desperate glory – minirecenzje #4

Some desperate glory – minirecenzje #4 Emily Tesh

Początek tej książki jest straszny. Przerażająco zły. Jakby ktoś chciał napisać najbardziej generyczną powieść YA, plastikową, bezsensowną, schematyczną do bólu z płaskimi postaciami, które wywołują wyłącznie niechęć czytelnika. Przesłuchanie pierwszych dwóch godzin tej książki kosztowało mnie strasznie dużo. A potem coś się zaczęło zmieniać. Może ktoś dał ten tekst redakcji?

Pod tym wszystkim badziewiem znalazłem całkiem sensowny dialog z „Grą Endera” i trochę z „Opowieścią podręcznej”. Postacie zaczęły mieć sens, a akcja wyskoczyła z szyn i pogalopowała do przodu.

No dobra, ale o co chodzi? Bohaterka żyje wśród partyzantów ze spalonego lasu — w ostatnim punkcie oporu ludzkości po tym, kiedy koalicja kosmitów zrobiła im kuku i zniszczyła Ziemię. Na początku jest prymuską z wypranym mózgiem, a potem ucieka w świat, trafia na maszynę do generowania równoległych wszechświatów, orientuje się że była faszystką i wszystko przestaje być takie proste.

Od tego momentu naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Jest porządna akcja, świat zmienia się jak w kalejdoskopie, a to  znajduje bardzo ładne odbicie w postaciach. Bo mimo iż parę razy spotykamy tych samych bohaterów, to są oni różni w zależności od świata, w jakim się wychowali. Na tle ich zmian bardzo fajnie widać też ewolucje głównej bohaterki – w jej reakcjach i emocjach na styku z innymi, lecz tymi samymi postaciami.

Książka dwa albo trzy razy mnie oszukała. Napięcie sięgało zenitu tak bardzo, że byłem przekonany, że to już finał, a potem patrzyłem na pasek postępu audiobooka i zdziwieniem odkrywałem, że jestem w połowie.

Nie rozumiem, jak dobra książka może się tak źle zaczynać. Znaczy, trochę rozumiem, co autorka próbowała tym osiągnąć, ale to jest praktycznie zastosowane prawo Poego – nie da się poznać czy to pastisz, czy naprawdę źle napisany początek. Jako całość „Some desperate glory” raczej się broni – mimo tego, że jest bardzo nierówne i nie może się zdecydować czy jest książką dla dorosłych czy młodzieży.

Dziwnostwory #8 – Pająki ukrytego płomienia

Pająki ukrytego płomienia

Rój inteligentnych istot. Żyją w miastach porozpinanych na gigantycznych sieciach w górnych partiach dżungli. Robotnicy mają inteligencję psa i podobną wielkość. Wyższe kasty sprytem prześcigają większość humanoidów. Królowa zaś…

Wyznają dziwną religię, której nadrzędnym celem jest powstrzymanie przebudzenia starożytnych dwóch starożytnych bogów poprzez regularne składanie im ofiar z ludzi.

Po ich śmierci wielki odwłok rozkłada się niczym kwitnący kwiat, a ze środka unosi się niesamowity zapach. Jeżeli Pająk umarł na żyznym terenie, w niedługim czasie z jego ciała wyrośnie błękitne drzewo.

12K6 robotników pracuje przy wyrębie dżungli.
2K3 arystokratów z obstawą.
32k6 robotników buduje skomplikowaną strukturę z sieci.
42k6 wojowników składa ofiarę z ludzi.
5Duża grupa pająków z młodą królową zakłada tu nowe miasto.
6K6 robotników niesie ofiary na miejsce kaźni.

The Spear Cuts Through Water – Minirecenzja #3

Simon Jimenes
W tej książce dwójka bohaterów eskortuje nieco zużytą Boginie na drugi koniec świata, po to żeby skończyć tyraniczne rządy imperium. Są sojusznikami trochę z konieczności i przynajmniej na początku mocno się nie znoszą. Po drodze jak można się domyśleć, dokonują epickich czynów i nic nie idzie zgodnie z pierwotnym planem.

Ta opowieść ma dwie przepotężne zalety. Świat, który widzimy, jest niesamowicie wciągający — telepatyczne żółwie, dzieci cesarza i księżyca, zjadanie bogów, floty luksusowych barek rozkoszy — to wszystko jest bardzo baśniowe, zanurzone w kulturze dalekiego wschodu, i porządnie ze sobą zgrane.

Tym, co naprawdę wyróżnia tę książkę, jest niesamowita narracja. To, jak jest wielopoziomowa, płynna i precyzyjna jednocześnie — wow! Jednocześnie słuchamy, jak babcia opowiada bajki małemu dziecku, jesteśmy świadkami snów dorosłego i siedzimy w środku historii głównych bohaterów. Jako wisienkę na torcie dodam, że taka konstrukcja ma uzasadnienie fabularne.

Stosunkowo najsłabiej wypada wątek romansowy. „Momenty” są nawet fajne i kreatywne, ale całość zdaje mi się trochę wymuszona, na zasadzie mamy bohaterów podróżujących razem to napiszmy ich romans. Nieco zabrakło mi drogi do tego łóżka.

„Włócznia” to kawał dobrego fantasy. Wybija się postaciami, z którymi możemy empatyzować, porządna akcja i ciekawym światem. Wszystko okraszone doskonałym pisarstwem.

Dziwnostwory #7

Liściobaran

Ovis cyclotis

Łagodni zjadacze trawy. Dorastają wielkości dobrze wypasionych owiec. Występują w tropikach stadami od kilku do kilkuset sztuk.  Ich ciało pokrywają lisciopodobne twory w których dzięki procesom zasilanym słońcem wydziela się specjalny znacznie lżejszy od powietrza gaz. W chwilach zagrożenia nadymają się i dostojnie unoszą na kilkanaście metrów nad powierzchnię. Widziano również duże stada migrujące wraz z pasatem na olbrzymie odległości.

1Przeżuwa niespiesznie.
2K6 Liściobaranów pasie się spokojnie na hali
3Niespiesznie przeżuwa.
4Stado Liściobaranów dryfuje z jesiennym wiatrem
5Odżywia się w spokoju.
6Liściobarany wygrzewają się na słońcu ponad zieloną polaną

Translation state – Minirecenzja #2

Translation State

Ann Leckie

Translation state to kolejna powieść ze świata Radch. Dla tych, którzy nie mieli okazji to high SF/Space opera z dziwnymi obcymi, myślącymi statkami, bezwzględną polityką, społeczeństwami przyszłości i podróżami międzygwiezdnymi. Jak to u tej autorki wszyscy mają nietypowe zaimki, a społeczeństwa traktują płeć nieco inaczej niż nasze.

Dziwnostwory #6

Skaczący wiedźmiarz

Saliens maga

Wijące się rojem potomstwo czarnej kozy o tysiącu młodych. Po wiedźmiej matce odziedziczyły jedną kurzą stopę, na której zaskakująco sprawnie skaczą. Zazwyczaj mają na sobie jakieś losowe resztki ludzkiego odzienia i wyjątkowo sprzyjających okolicznościach mogą udawać człowieka.

Aktywne nocą, przemieszczają się pojedynczo lub małymi grupami wznosząc niezrozumiałe gardłowe okrzyki. Uwielbiają wszelkiego rodzaju świecidełka i drobne kosztowności — które kradną niczym sroki. Jeżeli przebywają gdzieś dłużej, cała roślinność dookoła nich zaczyna obracać się w popiół.

1Wiedzmiarz ukradł BG coś cennego.
2K6 istot tańczy w synkopowym rytmie na leśnej polanie
3Las rozbrzmiewa nagle okrzykami dziesiątek wiedzmiarzy
4Truchło potwora z obwieszone dziesiątkami amuletów
5K3 wiedzmiarze atakują BG.
6Korowód istot udaje się na wzgórze, by złożyć ofiarę swojej matce.

Strona 1 z 26

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén