Nie lubię „Blades in the dark”. Bardzo za to lubię różne małe gry bazujące na tym silniku, typu CBR+PNK czy Bloodstone. Ostatnio na Itchu wyszperałem jeszcze jedną podobną ciekawostkę (choć od wspomnianych jest nieco większa). „Night of the Hogmen” to coś w rodzaju „Lady blackbird” na silniku Forged in the dark. To groteskowa gra na jedną sesję, napisana przez Jima Rossignola i Marsha Daviesa.

Rzecz dzieje się  XVII wiecznej anglii. Wcielamy się w bogu ducha winnych podróżnych którzy zostają wciągnięci w tytułową noc wieprzo ludzi. W środku dziczy nasz dyliżans odmawia posłuszeństwa a my musimy uciekać przed hordą potworów, dotrzeć do bezpiecznego miejsca, zabarykadować się i doczekać świtu.

Mamy do wyboru aż 9 playbooków, różnych zwykłych ludzi. Zmieniamy je w pełnokrwiste postacie, rozgrywając harframingowy prolog pełen akcji. Bardzo podoba mi się, jak ci podróżni są zbudowani. Każdy dostaje wyrazistą postać, z sugestią tajemnicy, drugiego dna. Mamy też spoko zdolności specjalne. Mam wrażenie, że interakcja postaci pod ciśnieniem nadciągającej hordy może stanowić tu jeden z fajniejszych elementów rozgrywki.

Mechanicznie jest bardzo porządnie. Gra ładnie upraszcza FitD. Mamy standardowo pule k6, negocjowalną pozycję i efekt. Tutaj muszę wspomnieć o doskonałym języku, którym jest to napisane. Jest bardzo przejrzysty, informacje zorganizowane są logicznie i łatwo dostępne. Mamy też metawalutę GUTS, po której wydaniu wpadamy w histerie. Co w połączeniu z ciężką sytuacją BG i resztą mechaniki daje naszej podróży mocny vibe darkest dungeon.


Po drodze do kościoła (który jest jednym bezpiecznym punktem w okolicy) zbieramy środki, żeby w nim przetrwać. Nad grą czuwają dwa główne zegary, jeden określa stopień przygotowania BG do obrony w kościele — to ile zasobów i sojuszników zgromadzą podczas ucieczki. Drugi to zegar Wiepsztormu — tu pole wypełnia się, kiedy drużyna mitręży po drodze. Kiedy go skompletujemy, postacie graczy ogarnia horda zombie tzn. świnioludzi.

Szkoda, że poszczególne przeszkody na tej drodze czekają na nas niestety dość liniowo. Owszem są to sytuacje otwarte, których rozwiązanie bądź zignorowanie zależy od BG, ale brakuje mi jakichś decyzji na wyższym poziomie. Lady B.  była pod tym względem dużo fajniejsza i dużo bardziej otwarta. Tutaj czeka na nas mnóstwo małych encounterow – Barykada, sprzedawca biblii na drzewie itd. Trzeba przyznać, że są one bardzo klimatyczne i pewno dostarczą sporo satysfakcji z rozgrywki.

Niestety jednak sporo tu hard framingu, który w finale zaczyna graniczyć z torodrogowaniem, opowiadamy konkretna historie, gdzie nie ma specjalnie nadziei na zwycięstwo. Zawsze przy grach sugerujących zakończenie tak bardzo, mam zagwozdkę: po co w to grać?

Night of the hogmen to doskonale wykonana bardzo klimatyczna gra. Jeśli usiądziecie do stołu, wiedząc czego się spodziewać — może być super. Jeżeli będziecie liczyć na bardziej klasyczną rozgrywkę albo nie daj boże jakiś sandbox — srodze się zawiedziecie. Przeczytać warto.