Tl;dr: To nie łołk lewica — to kapitalizm.

Na horyzoncie majaczy 5 edycja wilkołaka. Co więcej, zapowiedzi jednego z polskich wydawnictw są tak ambitne, że mamy szansę dostać polską wersję prawie równocześnie z oryginałem. Tym ambitnym zapowiedziom towarzyszą głosy niepokoju, że gra zostanie źle zaadaptowana — nie będzie taką, jaką pamiętamy z młodości, bo poprawność polityczna czy łokizm kazała zmienić autorom jakieś tam plemię, czy retconować kawałek historii.

Nie trzeba się szczególnie mocno przyglądać kulturze, żeby zobaczyć, że rosnące obawy o nową edycję wilkołaka to tylko część większego trendu. Ostatnio z zadziwiającą regularnością pojawiają się oburzone głosy o to, że nowe wydania przepisują książki Roalda Dahla, historię o Jamesie Bondzie czy nie wiadomo który raz zmieniają tytuł kryminału Agaty Christie. Spójrzmy więc na sprawę szerzej niż tylko erpegowo.

Najpierw wyjaśnijmy sobie podstawy. Wilkołak Apokalipsa był grą o lewackich ekobojownikach walczących z wielkimi korporacjami niszczącymi przyrodę. Jeżeli boisz się, że współczesna „poprawność polityczna” może go popsuć, to nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym.

Wielki biznes rzadko idzie w awangardzie zmian. Te są raczej domeną ruchów progresywnych i mniejszych niezależnych twórców. Kiedy duże wydawnictwa wykonują tego typu ruchy, robią to raczej, kiedy już naprawdę nie mają innego wyboru. Spójrzmy, ile zajęło Marvelowi zrobienie pierwszego filmu z kobiecą rolą główną. Biznes po prostu lubi bezpieczeństwo i spokój, a nie ryzyko i groźbę inby wśród fanów. I tak na potrzeby tej dyskusji wydawcy Wilkołaka są dużym biznesem.

Nostalgia sprzedaje. Obojętnie czy kupujemy dla naszego potomstwa rzeczy, które sami ciepło wspominamy czy karmimy nasze wewnętrzne dziecko, kolejną modyfikacją tego, co znamy z naszej młodości. Wydawnictwo musi wydać znacząco mniej na marketing niż gdyby miało promować nieznany wcześniej tekst kultury. Nie musi zastanawiać się, czy „to się sprzeda” ani podejmować ryzyka podpisania z kontraktu z młodą pisarką/muzyczką/desingerką, która może, ale wcale nie musi się dobrze rozwinąć. Dodajmy do tego specyficzną konstrukcję praw autorskich i umów na ich przekazanie (choć to erpegów tyczy się akurat mniej). Tak czy inaczej, większość podpisanych w XX wieku umów opiewa na przekazanie praw wydawnictwu na bardzo długi okres (albo cały czas trwania).

Wszystko to powoduje, że rynek kultury* często przypomina krajobraz, na którym widzimy jednego czy dwa smoki leżące na górze własności intelektualnej. Takiemu smoku znacznie łatwiej zarabiać na skarbach, które już ma niż poszukiwać nowych. Upraszczając „Kapitał w XXI wieku” Piketty’ego — zysk z kapitału długoterminowo będzie wyższy niż ten uzyskany z pracy. Łatwiej być rentierem zarabiającym na procencie niż przedsiębiorca**.

Kultura się zmienia – przekonywanie, że współcześnie powinniśmy czytać to samo co pięćdziesiąt czy nawet dwadzieścia lat temu wydaje się równie absurdalne uparte korzystanie z windowsa 98 SE, czy oglądanie filmów na VHS-ie. Kultura, w tym erpeżki, jest nierozerwalnie związana ze światem, w którym powstaje, bez łączności z nim traci na znaczeniu. Jeżeli ma być aktualna, musi ewoluować razem z nim. Nawet dziecięca książka „Dzieci z Leszczynowej Górki” z lat 50. dostała w swoim czasie patcha, podmieniający trasę WZ na metro i pochód pierwszomajowy na piknik 3 maja — po to, żeby czytające ja dziecko jakkolwiek rozpoznawało świat w niej opisany.

To, co robią smoki tj. wydawnictwa to prowadzenie uporczywej terapii (często wbrew woli pacjenta) albo pisanie 2173 patcha do roweru Wigry. Czasem po prostu trzeba tekstom kultury pozwolić odejść***. To jednak oznaczałoby zmniejszenie zysków i większe ryzyko, więc w późnym kapitalizmie będzie to ostatnie rozwiązanie, po które ktokolwiek sięgnie. A my do końca świata będziemy karmieni uszatym potworem przez tubkę, niczym gęsi na foie gras.

Podsumowując – To, że w nowym wilkołaku dostaniemy zmiany, to nie jest wina lewicujących aktywistów drących gardła na internetowych agorach. To zasługa kapitalizmu.

*Tak, czytałem ostatnio Chokepoint Capitalism Rebecci Giblin i Doctorowa i serdecznie go wszystkim polecam.
** Przypomina mi to przemiany bohatera „Życie i czasy Sknerusa McKwacza” w ostatnich tomach. Dopóki Sknerus poszukuje nowych skarbów, jest bohaterem. Kiedy zamyka się w swoim skarbcu i po prostu leży na kupie złota staje się złolem.
*** albo uwolnić je do domeny publicznej 🙂