Mają około metra wzrostu (bez ogona). Poruszają się, skacząc, niczym kangury zbudowane z kauczuku. Żyją w stadach prowadzonych przez najstarsza samice. Wszystkożerne, chociaż wolą słodkie.
Przed tysiącami lat hodowane jako wierzchowce przez starożytną i potężna zieloną rasę. Porzucone przez swoich panów zdegenerowały się, a z bardzo bystrych istoto pozostała wyłącznie niespożyta energia.
Swoim zachowaniem przypominają niefrasobliwego kociaka, chcą do ciebie podskoczyć, przytulić się, dać się podrapać. Permanentnie bawią się, przewracając i eksplorują rzeczy dookoła siebie. Dopóki nie zewrą się jakieś starożytne układy neuronów i hopsaśniki nagle bez ostrzeżenia wpadają w bojowy szał.
1
Hopsaśnik chce się bawić!
2
Szczenie chodzi za tobą i chce, żeby je nakarmić.
3
Hopsaśnik wskoczył na wysoki obiekt, z którego nie może zejść i piszczy rozpaczliwie.
4
2k6 istot śpi w popołudniowym słońcu.
5
Hopsaśnik dostaje nagłego ataku szału – szarżuje.
6
Stado kilkudziesięciu istot galopuje tratująć wszystko na swojej drodze.
Hugo to jedna z dwóch najważniejszych nagród w fantastyce. Przynajmniej jeżeli chodzi o ciężar i prestiż, bo mam wrażenie, że jeżeli chodzi o fejm i liczbę osób zainteresowanych to nagrody Goodreads przegoniły już dawno i Hugo i Nebule.
Hugo przyznawane przez społeczność Worldconu. Zarówno w zgłaszaniu nominacji, jak i w finalnym głosowanie biorą udział uczestnicy konwentu (w tym też niebędący na miejscu, ale wspierający zdalnie). To, co jest dla mnie ważne to to, że jest to proces robiony fanowsko i oddolnie. Nie stoi za nim żaden wydawca, żadna korporacja, a decydujący głos ma każdy kto chce się zaangażować. W tym roku Worldcon jest w Glasgow na początku sierpnia i miejmy nadzieje, że będzie mniej kontrowersji niż ostatnio.
Pozwolę sobie jeszcze na dygresję historyczną. Nagroda Hugo nazywa się tak od Hugo Gernsbecka. To on założył pierwsze czasopismo publikujące utwory SF (w czasach kiedy prawie nikt nie chciał wydawać takich książek). Narzucił na kilkadziesiąt lat stylistykę SF (Streamlined moderne) oraz przez to, że zaczął publikować listy od czytelników, trochę stworzył fandom.
Nagroda przyznawana jest w kilku kategoriach (opowiadania, fanziny, miniopowieści, formy graficzne). W tym roku udało mi się przeczytać wszystkie sześć nominowanych powieści! Dlatego mogę opowiedzieć jedno zdanie o każdej, a potem spekulować o tym, kto wygra.
The Adventures of Amina al-Sirafi – Shannon Chakraborty
Pełne akcji fantasy w magicznym świecie arabskiej żeglugi po Oceanie Indyjskim X wieku. Są piraci, Magowie, kraken, ale najsilniejszy element tej ksiązki to świetna i bardzo dojrzała główna bohaterka. Literatura przygodowa najwyższej próby.
The Saint of Bright Doors – Vajra Chandrasekera
Weird fiction w którym syn lokalnego mesjasza próbuje sobie na nowo ułożyć życie w niesamowitym mieście. Wspaniale opisana scenografia i świat i lekko rozczarowująca fabuła. Nastrój 7/10, substancja 2/10.
Some Desperate Glory – Emily Tesh
Skrzyżowanie Gry Endera, Opowieści Podręcznej i generycznej do bólu powieści YA. Książka skrajnie nierówna. Trudna do zakwalifikowania opowieść o dziewczynie konfrontującej się z faszyzująco-militarystyczną kulturą, która ją wychowała.
Starter villain – John Scalzi
Wyobraźcie sobie gru i minionki, tylko zamiast minionków są gadające koty i uzwiązkowione delfiny. Poza tym jest o tym o jak dostać własny pub i pokonać starożytne sprzysiężenie złoczyńców. Jak zawsze u Scalziego przyjemna raczej prosta lektura.
Translation space – Ann Leckie
Space opera o dorastaniu, szukaniu swojej tożsamości w dziwnych społecznościach, i super agresywnych obcych istotach o nietypowych zaimkach.
Witchking – Martha Wells
Demon wraca z piekła i eeee ma romans? Ratuje świat? Przeżywa personal horror? Zabijcie mnie ale, zapomniałem tę książkę w jakieś 24 godziny po przeczytaniu. Jak „Mordbota” uwielbiam, to ta mi nie podeszła.
Podsumowanie:
„Witch king”, „Starter Villain” i „Saint of bright doors” są moim zdaniem najsłabsze z nominowanych i raczej nie powalczą o zwycięstwo. Napisałem to, zanim „święty” dostał Nebule, ale twardo stoję przy swoim zdaniu.
Z pozostałej trójki, „Przygody” są najlepiej napisane, wciągające i pełne akcji. „Translation state” jest w moim poczuciu gorzej napisane, ale porusza znacznie ciekawsze tematy i problemy, jest ambitniejsze w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ciężko powiedzieć, ale szukałbym zwycięzcy w tych dwóch książkach. „Some desperate glory” to z kolei czarny koń tej stawki. Istnieje niewielka szansa, że sięgnie po laury, ale pewniej przepadnie z kretesem.
Trzy lata temu na postpandemicznych gruzach sceny konwentowej odrodził się Bazyliszek.
Już jutro znów spotkam się z cudownymi ludźmi w ursynowskich Alternatywach. Przed nami zwieńczenie tygodni ciężkiej pracy i olbrzymia radość z tego jak przez ostatnie 3 lata ten konwent zmieniał się i rósł.
Rzuć kostką i dowiedz się czegoś o bazyliszku.
1
Bazyliszek lubi otwartą kulturę. Przyjść może każdy i nie musisz wydawać ciężkiej kasy na bilet. Za darmo to uczciwa cena.
2
Bazyliszek wcina tylko program najwyższej jakości. Zobaczcie jakie panele, dyskusję, prelekcję i sesje na was czekają! 237 pkt programu w tym prawie setka sesji rpg.
3
Bazyliszek uwielbia poznawać nowych ludzi,. Dlatego też program konwentu dobieramy tak, żeby były w nim punkty przyjazne dla osób, które wejdą na niego „z ulicy”. Nie musisz mieć dużo expa, żeby się z nami dobrze bawić.
4
Bazyliszek rośnie jak na drożdżach. W 2022 odwiedziło go coś z 600 osób, rok później dwa razy tyle. Strach pomyśleć ile będzie w tym.
5
Bazyliszek wierzy że dobre rzeczy robi się razem — Dlatego bazyliszka współtworzą świetni ludzie – orgowie, gżdaczki, osoby tworzące program. Ten konwent powstaje dzięki wam. Prawdziwie fanowska inicjatywa.
6
Bazyliszek jest strasznie gadatliwy. Dlatego staramy się zamiast prelekcji organizować jak najwięcej paneli i dyskusji – żeby poznać różne zdania i punkty widzenia.
Yume Kitasei Głębokie niebo opisuje historię pierwszej ludzkiej misji międzygwiezdnej. Skupia się na paru kluczowych dniach po tym, kiedy na statku następuje eksplozja, trzeba znaleźć winnego i poradzić sobie z problemami, które wywołała.
Było? Oczywiście, że było i to wiele razy, to historia z gatunku tych, które znamy i lubimy, w jej rdzeniu nie ma nic wyjątkowego. Jest za to parę interesujących modyfikacji.
Po pierwsze wszyscy na statku mają wszczepy do obsługi rozszerzonej rzeczywistości. W związku z tym to, co widzą, nie zawsze jest tym, co istnieje naprawdę. Ma to niebagatelne znaczenie, gdy zostaje podważona lojalność, sterującego nimi statkowego Ai. Po drugie akcja regularnie przeskakuje między krytycznymi wydarzeniami na statku a przygotowaniami do misji. Te drugie są znacznie słabsze. Zwłaszcza że oglądamy drogę przygotowania od małych dzieci i są to najmniej wiarygodnie napisane dwunastolatki, jakie od dawna widziałem. Po trzecie wreszcie cala załoga tego statku to kobiety. Nie jest to może najważniejszy wątek w tej książce, ale fajnie gdzieś się od czasu do czasu pojawia.
Jako zagadka (kto spowodował katastrofę) — książka nie sprawdza się najlepiej. Nie wykorzystuje w pełni bardzo fajnego potencjału rozszerzonej rzeczywistości i AI do tego, żeby zrobić ciekawe plot twisty w śledztwie. Jako hard SF jest lepiej. Książka wiarygodnie pokazuje realia misji międzygwiezdnej (zwłaszcza te społeczne) i możliwe problemy. Pomiędzy szkoleniem a motywacjami postaci i ich relacjami z pozostałym podnosi dylemat: Naprawiać ziemię zniszczona katastrofa klimatyczna czy uciekać w kosmos. Siostra jednej z bohaterek ginie w zalewanej wodą Manili, bo pieniądze na budowę murów poszły na opłacenie miejsca osobie z Filipin w misji. Autorce trochę brakuje odwagi do zagłębienia się w temat i przez to prześlizguje się w odpowiedziach na pytania, które stawia. Zostając w smętnym prawdopośrodkiźmie. Mimo to, to zawsze fajny wątek.
„The Deep sky” nie jest książką wybitną, to porządne czytadło, które ma kilka bardzo dobrych scen. Mimo słabszych fragmentów w środku pod koniec było się naprawdę przyjemnie.
Rosną głęboko w sercu dżungli. Dorastają do jednego metra wzrostu. Polują z zasadzki, zastygając nieruchomo, nieodróżnialne od niegroźnych kuzynów. Oszałamiają ofiarę narkotycznym zapachem, by potem wgryźć się w nią i unieruchomić liano podobnymi kończynami i godzinami trawić jeszcze żywą istotę.
Z uwagi na wielką rzadkość i spektakularny wygląd (oraz hipnotyczne właściwości) są czasem trzymane na dworach bogaczy jako ozdoba.
1
Pewien perfumiarz potrzebuje wyekstrahowanego pyłku z k3 istot.
2
K6 kwiatów urządziło zasadzkę na drużynę.
3
Baronowa Gurth potrzebuje takiej rośliny żywej.
4
Przedmiot/osoba, której poszukują BG, jest właśnie trawiona przez kwiat.
5
Pewien naukowiec podejrzewa, że kwiat zaczynają się ze sobą komunikować.
6
Gwałtowny grad zniszczył oranżerie hrabiego. Przetrzymywana w niej nielegalnie roślina wydostała się do miasta…
Ta książka pędzi jak parowóz na amfetaminie. Dawno nie czytałem czegoś tak napakowanego akcją. Na zmianę jesteśmy bombardowani scenami walki, intrygami, spotkaniami z mitycznymi istotami, wielkimi bitwami no i oczywiście, romansami – no po prostu wszystko jest tu rozkręcone up to 11.
No dobrze, ale o czym to w ogóle jest. Zaczyna się jako trochę retelling historii Zorro (z nadnaturalnymi powahami), ale w mocno zmienionym settingu i z podmienioną płcią głównej postaci. Zaczyna, bo bardzo szybko historia ucieka na zupełnie nowe tory – nazywanie „Słońca…” po prostu retellingiem byłoby skrzywdzeniem tego tekstu.
Pytasz się dlaczego tak wyglądam? Dlaczego nie tylko mój umysła ale i moje ciało jest świątynią? Kiedy byłem poszukiwaczem przygód robiłem jedną pompkę za każdym razem kiedy moja niekompetentna drużyna kazała mi rzucać detect magic.
1
Niekontrolowany wybuch magii uszkodził mu właśnie kapelusz. Jest zły i potrzebuje nowego.
2
Nasuwa enochiańskie zaklęcia w treningu obwodowym. Nie przeszkadzać.
3
Poszukuje sparingpartnera do walki na pięści.
4
Ćwiczy ze sztangą. Nie przeszkadzać.
5
Potrzebuje 2K6 kurczaków i worka ryżu. Oczywiście, że to komponenty.
6
Wyzywa BG na pojedynek w siłowaniu na rękę. Jak przegra spełni jedno ich życzenie.
Kryminał w sztafażu fantasy nie jest specjalnie popularnym podgatunkiem ani specjalnie łatwym do napisania – magia ma tendencje do tego, żeby albo strasznie komplikować, albo strasznie upraszczać śledztwa. Robert Jackson Bennet spróbował, a my zobaczymy, jak wyszło.
Zacznijmy od aspektu fantasy, bo kreacja świata wyszła tu całkiem fajnie. Rzecz dzieje się w czymś, co trochę przypomina imperium rzymskie, ale władające potężną mago-biotechnologią. I jeszcze jest otoczone wielkimi murami i permanentnie atakowane przez olbrzymie Kaiju.
To teraz bohater — bo jak wiemy, nie można mieć dobrego kryminału, bez ekscentrycznego detektywa. Tu mam wrażenie, że do tego barszczu poleciało zbyt dużo grzybów. Główny bohater jest mago-biologicznie zmodyfikowany, żeby mieć idealna fotograficzną pamięć. Problem w tymże ma też poważna dysleksje i niespecjalnie daje sobie radę z czytaniem. Pracuje na dodatek jako asystent inspektorki, która jest bardziej szalona niż marcowy zając.
Plot zaczyna się klasycznie od jednego trupa, a potem okazuje się, że będą potrzebować większego nakazu, bo cała sprawa rozrasta się do problemów, które godzą w podstawy imperium. Nie jest to niestety przeprowadzone najzręczniej a wielkość płotu i fakt, że e pewnym momencie mamy kilkanaście ofiar sprawia, że tracimy typowe dla kryminałów skupienie, ot rzecz po prostu trochę się rozłazi.
Rozwiązanie zagadki jest ok. Choć rozłożone na etapy i przez nieco muliste. Brakowało mi takiego momentu epifanii, radości zmieszanej z zaskoczeniem w chwili kiedy dowiadujemy się, kto jest złoczyńcą. „Tainted Cup” jako kryminał nie błyszczy, jako fantasy jest ok. Jeżeli bawią cię obie te rzeczy, to możesz zaryzykować i przeczytać.
Gatunek ryby z gatunku Obrzydlaków. Często błędnie identyfikowany jako podobny do niego Everetia maxiliosa pitti. Osiąga do 2 metrów długości i żyje w brudnych i tropikalnych wodach. Wielce ceniona w handlu powodu odpornej na magię skóry.
Czatuje tuż pod powierzchnią wody, wystawiając ponad nią wabidełko (podobne jak u ryb głębinowych). Różni się od nich tym, że wabi ofiary nie światłem a magią. Rzucając iluzję, dzięki której potencjalnej zwierzynie zdaje się, że widzi na wodzie to, czego bardzo pożąda.
1
Kupiec znad rzeki Kasi–Sa potrzebuje skór z 4k żabnic – płaci złotem.
2
Drużyna, przechadzając się nad brzegiem bagna, widzi wystający z niego miecz +3.
3
Obwód wabidełka popsuł się i na środku niewielkiej rzeczki pojawiła się niebieska budka policyjna.
4
Żebracy śpiący w miejskich ściekach ponoć widują tam złoto, kilku nie wróciło ostatnio z kanałów.
5
K4 żabnic zagnieździło się w młyńskim stawie.
6
Księżna pragnie, by ktoś przywiózł jej żywą żabnicę. Chce jej użyć, żeby poznać najgłębsze pragnienia ludzi.
„Święty…” dostał w weekend Nebulę, czyli nagrodę przyznawaną przez amerykańskie stowarzyszenie pisarzy fantasy i SF. Mam w związku z tym bardzo mieszane uczucia.
To weird fiction, w którym główny bohater jest synem proroka. Wychowała go matka, szkoląc do zemsty, misji zabicia ojca i rozwalenia mu kultu. Tymczasem bohater zmyka do dużego miasta i próbuje sobie ułożyć życie. Chodzi nawet na grupową terapię dla „prawie wybrańców i dalszych krewnych mesjaszy”. Ten koncept jest super, pół poważny, pół absurdalny – no po prostu siada.
Podobnie samo miasto, które maluje nam autor — to najlepsza część tej książki. Jego przestrzeń jest pięknym kolażem e-maili, szamanizmu i religijnych kultów, nowoczesności i anturażu typowego dla fantasy, gdzieś pomiędzy Ankh Morpork a miastem grzybów VanderMeera. Worldbuilding jest świeży, nie nazbyt dokładny (a takie właśnie lubię) i niewymuszony. Fajnie pokazana jest dynamika społeczna miasta z różnych kast i grup etnicznych. Są też po prostu doskonałe literacko fragmenty jak historia o ojcu głównego bohatera przenoszącym góry w czasie.
Kłopoty zaczynają się, kiedy w tym świecie coś się zaczyna dziać. O ile w ogóle zaczyna, bo przez spora część książki bohater snuje się po mieście bez określonego celu (autorze pamiętaj! Nie jesteś Joycem). Skaczemy od sceny do sceny w mocno onirycznej (żeby nie powiedzieć chaotycznej) narracji. Były fragmenty, kiedy łapałem się, że nie wiem co, ani dlaczego się dzieje. Wszystko rozpada się na dziesiątki słabo powiązanych epizodów i kończy grzęznąć w mało satysfakcjonującym budyniu.
Szkoda, bo „Święty…” to przede wszystkim zmarnowany potencjał. Nastrój 7/10, substancja 2/10. Moim skromnym zdaniem na Nebulę za mało. Doceniam problemową „poważną fantastykę”, ale ta książka po prostu technicznie nie unosi rzeczy, o których chce mówić. Nie jest zła, ale wśród nominowanych były lepsze — np. Translation state.