Edit:
Napisałem zły tekst.

Zły w tym znaczeniu, że nie udało mi się przekazać, tego, czego chciałem. Chciałem oburzyć się na mówienie innym jak się bawić i relacje hierarchi – które są i powinny być dla fandomu obce i niewłaściwe, a wyszedł mi taki który obraża ludzi.

Nie było moją intencją wypychać kogokolwiek, napisałem wprost o witaniu z otwartymi ramionami. Chciałem być zabawny, wyszedłem niemiły.

Tekst zlatuje z fejsa, bo wywołał tam burze, której nie chce. Dla świadectwa własnych błędów zostanie tu z tym komentarzem.

Zapowiada się, że będzie to długi tekst. Postaram się więc droga czytelniczko, utrzymywać twoją uwagę wrzucając od czasu do czasu odpowiednio kontrowersyjny śródtytuł. Osobom o delikatnych nerwach sugeruje pomijać je przy czytaniu.

Dyskusja zaczęła się tekstem w prawdziwym papierowym czasopiśmie co to ą, ę i bułkę przez bibułkę, czyli w „Ha! Art nr 62”. Marcin Świątkowski piszę tam o rozdźwięku między mainstreamem i fantastyką (hej! Też mam o tym artykuł) zbaczając na to, czym fandom jest, i na przykładzie Emarginacji krążąc wokół tezy, że fandom pełni funkcje literaturoznawców. Odpowiedział mu na substacku Tomek Kozłowski, pewne rzeczy prostując. Ponieważ jednak Tomek jest raczej grzeczna i kulturalną osobą, postanowiłem przynieść kanister z benzyną.

Zarysowując z grubsza kształt inby – chodzi o to, jaka jest relacja między ekspertami, znawcami a fandomem. Czy jedni potrzebują drugich i co możemy dać sobie nawzajem? Otóż w tej sprawie przebiorę się w sukmanę chłopomana godnego Bronowic. Fandom jest dla mnie głównie wspólnotą zajawek. Ze swojej natury emocjonalny, a nie intelektualny i eksperci mają w nim miejsce o tyle, o ile nie przeszkadzają. Zapraszam do wyjaśnienia dlaczego 🙂

Zmyślone teorie i (nie)realne problemy 

Zacznijmy od erpegów, bo to zjawisko jest tam bardziej przerysowane i przez to łatwiejsze do przedstawienia. Przypomnę, że gry fabularne to taka zabawa dla 13 latków gdzie parę osób przy stole turla kostkami i prowadzi wymyślone ludziki, w fantastycznej historii. Rzucają fajerbolami i biorą questy od tajemniczych nieznajomych w karczmie. Doskonała zabawa, spędzam na niej lata życia.

W miarę rozwoju hobby pojawili się dookoła niego eksperci, czy też znawcy. Jedni wzięli się za badanie historii, inni za analizę tego, co tak naprawdę robimy grając. Wymyślać jakieś duże teorie, czy fafnascie kultur grania. Są oni w miarę niegroźni, a czasem nawet przydatni.

Niestety razem z nimi przybyli ekspierdzi i nauczyciele. Przychodzą z prelekcjami „13 rzeczy, które musisz zrobić przed każdą sesją”, „7 sposobów na lepsze odgrywanie postaci”, „Jak zbudować lepsze opisy”. Słowem robią wszystko, żeby to hobby przedstawić jako trudne, wymagające poważnych przygotowań i wiedzy tajemnej. Niektórzy nawet prowadzą płatne wielotygodniowe kursy z wprowadzenia do gry. Płatne kursy z grania w grę o wymyślonych ludzikach dla 13 latków.

Nie zrozumcie mnie źle. Jeśli ktoś idzie na konwent, żeby podzielić się swoja pasja, zgłasza sesje, opowiada o historii hobby, albo robi prelekcje o projektowaniu lochów to super.

Wchodzimy tu jednak na śliski grunt, gdzie bardzo łatwo z pozycji współ-celebracji przejść na pozycje pouczania. Taką, w której to jedna strona jest posiadaczem prawdy objawionej, a druga jej odbiorca. Co więcej, ta prawda dotyczy tego, jak ta druga strona ma się bawić. Przybraniu tej pozycji bardzo sprzyja przeniesienie dyskusji do internetu. Spotkania w konwentowej sali, czy w kawiarni zawsze są o wiele bardziej dwustronne niż filmik na YT.

Zwłaszcza że social media bardzo wpychają nas w taką hierarchiczną relację. Bo skoro ktoś ma tajemna wiedze jak grać w wymyślone ludziki, to kiedy się nią podzieli, należy mu się zapłata. Wypłacana w lajkach, fejmie czy wreszcie w monetyzacji oferowanej przez bigtechy. Fandom zaś nie przepada za relacjami hierarchicznymi i transakcyjnymi.

Wracając do literackich baranów

Pierwszy raz tekst Świątkowskiego rzucił mi się w oczy w formie miniaturki, która zaatakowała mnie „polem literackim”. Jako człowiek prosty pomyślałem sobie, że to pewno jakiś krakus pisał, bo u nas w Warszawie to z literaturą co najwyżej na dwór można wyjść, poczytać na ławeczce. Tymczasem chodziło nie o krakusa a Bourdieu. I to nie pole, a kluczowa kategoria le champ.

Także tego.

Akademicy wchodzący w fandom przynoszą swój specyficzny język (by nie powiedzieć profesjolekt). Przez sam fakt używania pojęć, które są dla nich naturalne (pole literatury, poetyka opisowa, czy modna przez chwile diegeza) a dla reszty niezrozumiałe, stawiają się w roli posiadaczy tajemnej wiedzy niedostępnej dla zwykłych fandomitów. Choćby nie wiem, jak dobre intencje mieli, z miejsca ustawiają relację hierarchiczną. 

Fandom tym różni się różni od akademii, że takich relacji nie szanuje.

Przynajmniej z założenia, bo podobnie jak w erpegowym świecie wszystko się z czasem zmienia i spora część nerdowskiego internetu jest zalana wideoesejami: „Poznaj prawdziwe znaczenie symboliki brody we LOTR” czy „Jak przygotować się do lektury katabazy”. Ponieważ muszą uzasadnić swoje istnienie, ich miniatury, reklamy i dyskusja dookoła jest skierowana na wywołanie poczucia, że bez nich nie będziesz, w pełni uczestniczyć w kulturze. Jeżeli nie spędzisz trzech godzin, słuchając tego podcastu, to nie zrozumiesz książki, którą chcesz przeczytać. Jednym słowem oni muszą ci powiedzieć, jak masz się dobrze bawić.

Żeby nie było, znakomita większość z nich to nie literaturo/filmo/ -znawczy czy ludolodzy. To po prostu nerdy, które próbują „larpowac akademię”.

To nie jest wspólna celebracja rzeczy, które nas kręcą. To jest próba wywołania i zmonetyzowania FOMO. Z tego typu znawcami należy postępować zgodnie z tytułem artykułu, niezależnie czy przed nazwiskiem mają stos liter oznaczających, że są doktorem mniemanologii stosowanej czy mecenasem robiącym to po godzinach.

Jezu chryste na wrotkach, ktoś w się myli!

Tak. Oczywiście, można argumentować, że wpuszczenie na konwenty akademików i zachęcenia ich do rzucania w publiczność diegezami, symulakrami i poststrukturalistyczną krytyka Conana barbarzyńcy spowoduje, że poziom prelekcji się podniesie.

Z całym szacunkiem, ale zdarzyło mi się wychodzić, trzaskając drzwiami z prelekcji doktorów i doskonale bawić się na takich prowadzonych przez 14 latki.

Ktoś mógłby się czepiać, że mylę kategorię dobrej zabawy z wartością edukacyjną. Nie mylę,  mieszam je z pełną premedytacją. Bo gdy po jednej stronie mam egalitarność, a po drugiej więcej wiedzy, mistrzów i uczniów, das Sein i gestorów wiedzy – zawsze wybiorę to pierwsze.

Fandom to nie są ludzie

Dlatego że wbrew popularnemu powiedzeniu fandom to nie są ludzie. Te same osoby mogą występować często prawie równocześnie w fandomie i poza nim. Jeżeli Zdzisio wykłada na uniwersytecie literatura współczesna i opowiada o Le Guin, za głodową pensję, to nie jest to działanie fandomowe. Jeżeli jedzie na konwent i gra tam w dedeczki to wręcz przeciwnie. Kiedy Maja pisze recenzję książki do magazynu „Inkunabuły” i dostaje za to grosze, to nie jest w fandomie. Kiedy ta sama Maja piszę do zinu „Marginalia”, to jest to bardzo fandomowe. Marginalia są tworzone wolontaryjnie, w czasie wolnym przez grupę ludzi, która robi to dla przyjemności i wyda go po kosztach druku w 100 egzemplarzach. Fandom to relacje nad stołem do dedeczków, i decyzje o poświęceniu dziesiątków godzin na organizacje darmowej imprezy czy stworzenie zina, którego pobiorą dwie osoby. W te działania jest wpisana wspólnota zajawki (robimy to dlatego, że sprawia nam to radość), i egalitaryzm (robimy to razem). Stąd wszyscy na konwencie jesteśmy na ty.

Fandom to przestrzeń w której spotykamy się żeby robić to co lubimy. To dzielenie się tym co nas kręci. Cel naszych spotkań i dyskusji jest przede wszystkim wspólnototwórczy, a nie akademicki. Nie jest rola konwentu dublować konferencje naukową, zina czasopismo, a klubu fantastyki udawać uniwersytecką katedrę. Zwłasza jeśli wymaga to wpuszczenia znawców tego i owego, którzy z pozycji autorytetu moderowali, korygowali i wskazywali  błedy w tym jak się bawimy i jak uczestniczymy w kulturze. Uderzyłoby to bowiem w egalitarne relacje które są podstawą fandomu. W przeciwieństwie do eksperckiej wiedzy która jest tylko miłym dodatkiem.

Fantastyka to jak jest trochę jak erpegi. Rozwinęła się jako rozrywka dla pryszczatych trzynastolatków marzących o innych światach. Znacznie lepiej radzi sobie z przekazywaniem fascynacji i emocji niż wiedzy.

Nie musisz rozumieć fizyki kwantowej, żeby cieszyć się SF.

Nie musisz znać poetyki opisowej, żeby się zachwycić monologiem z Blade Runnera.

Można być literaturoznawcą, który wie wszystko o literaturze z wyjątkiem tego, jak czerpać z niej radość.

Podsumowanie

Nie mam nic przeciwko literaturoznawcom w fandomie, ale niech mają tyle przyzwoitości, żeby się ze sobą nie afiszować ;). Niech przyjdą jako fanki i fani. Zostaną przyjęci z otwartymi ramionami.