Czasem narzekam, że na naszym poletku każdy orze sobie a muzom. Brakuje współprac, rozsądnych polemik tworzących dyskurs itd. Kiedy więc zobaczyłem artykuł Furiatha o „Pimpusiowym graniu”, postanowiłem odpowiedzieć.

Niestety jest to dość chaotyczny tekst, w którym autor miesza opinie i wnioski o ogólnej naturze graczy oraz wartościuje różne style gry. Rozumiem, że Furiath woli grać w konkretny sposób, nie podoba mi się, że postponuje tych, którzy robią to inaczej.

Co to zdaniem Furiatha znaczy grać pimpusiowo? Ogólnie mówiąc, wtedy kiedy gramy sobie na chillu, jest miło i przyjemnie, postacie raczej nie zginą, panuje, jak to autor określa: „patologia prymatu »miłej atmosfery za stołem«”

Przy stole i w fikcji

I tu dochodzimy do największego problemu tego tekstu. Autor z niewiadomych dla mnie powodów zakłada, że brak konfliktu i ostrych emocji przy stole (między graczami) zakłada brak emocji w fikcji (między postaciami). Nie wiem skąd takie podejście. Ja nie mam problemu z tym, żeby w super miłej i pluszowej atmosferze przy stole przeżywać konflikty w fikcji.

Po to wymyślimy BHS, sesje zero, same page tool i inne narzędzia, żeby przy stole panowała miła atmosfera. To wszystko jest jak asekuracja we wspinaczce. Bez niej wspinałbym się tylko po bardzo prostych drogach (grał ultra pimpusiowo), ponieważ bałbym się zaryzykować. M.in. po to dbamy o dobrą atmosferę za stołem, żeby móc eskalować konflikty w fikcji bez obaw, że się przeleją na rzeczywistość.

W pimpusiowym świecie: „Gracz, który w grze odpierdala maniane w fikcji, nie będzie upomniany” – pisze Furiath. Bardzo bym nie chciał grać w kulturze, w której inni gracze upominają mnie, że słabo opisuje i albo za mało przeżywam. Chętnie pogadam o tym, co się dzieje na sesji, jak gramy itd., ale na partnerskich zasadach, gdzie nie ma miejsca na „upominanie”. To hobby mające dawać fun, a nie rozmowa ewaluacyjna w korpo.

W imię zasad…

Co do pewnych rzeczy się zgadzam. Naginanie zasad, czy oszukiwanie na kościach po to, żeby opowiedzieć z góry założoną historie to patologia. Jest tak niezależnie od tego, czy robimy to, żeby przeczołgać graczy przez błoto w stylu jesiennej gawędy, czy żeby stworzyć idylle jak z troskliwych misiów.

Autor sugeruje, że pimpusie nie chcą się uczyć zasad albo wybierają systemy, które mają ich mało. Jakoś stoi mi to w sprzeczności z wcześniejszym parciem na konflikt i emocje. Jeżeli już to widzę raczej odwrotną korelację. Chcę sesji o emocjach, sięgam po lekki system (PbtA, Chtulhu Dark). Jak chce przy chipsach, na chillu pochodzić po lochu, nie przeszkadza mi coś bardziej crunchowego.

Powinniśmy też pamiętać o roli systemu. Furiath podaje przykład z jego zdaniem zbyt słabą konsekwencją porażki w bieganiu po dachach z ciężkim sejfem. W 7th sea skręcona kostka to odpowiednia kara dla bohatera w takiej sytuacji (choć może mało kreatywna). Gdyby mg próbował w tej sytuacji wrzucić mojej postaci coś w stylu utraty nogi, byłbym jako gracz słusznie oburzony. Jeżeli dla odmiany sytuacja wydarzyłaby się w jakimś OSR-a to jasne, zaryzykowaliśmy – postać idzie do piachu, a na takie konsekwencje gracz powinien być od początku gotowy.

Problem robi się, wtedy kiedy różne osoby przy stole chcą grać w co innego albo dobraliście zły system, do tego, co chcecie robić. Na to jednak nie pomoże granie ostrzej i bardziej intensywnie, a lepiej dobrane narzędzia.

Końcowy rant

Ostatni fragment autor rozpoczyna słowami: „Nie chciałbym bawić się w domorosłego psychologa — wydaje się, jakby pimpusie miały problemy z akceptacją jakiegokolwiek niepowodzenia w grze” – To po cholerę, drogi autorze napisałeś cały następny akapit, który nie jest niczym innym jak domorosłą psychologią za dychę, narzekaniem na współczesny świat i przypisywaniem ludziom, którzy lubią grać inaczej niż ty szeregu negatywnych cech. Sorry, ale budowanie jakiegoś chochoła „Nie możesz znieść porażki w życiu, robisz sobie miękkie sesje” jest bardzo słabe.

Nie rozumiem też zupełnie połączenie pimpusiowania z torodrogowaniem. To już tylko anecdata, ale osobiście częściej widywałem railroad połączony z neuroshimowym czołganiem się przez błoto niż z pimpusiowaniem. Jeżeli gracze nie boją się konsekwencji, mistrz gry pozwala im prawie na wszystko, to wydaje mi się, że stoi to w głębokiej sprzeczności z jechaniem po torach tak, jak ja je rozumiem.

Rozumiem sentyment autora, choć osobiście jestem pimpusiem, który gra sobie w lajtowe sesje. Hobby ma dawać ludziom radość i dobrą zabawę. Każdemu pasuje inny styl, ale nie postponujmy innych, bawiąc się w tanią psychologię, nie bądźmy starym człowiekiem krzyczącym na chmury.