Kontynuujemy podróż przez Promienną Cytadelę. Tym razem zatrzymam się na dłużej i cały wpis poświęcę na „Shadow of the sun”. To na razie zdecydowanie najlepsza przygoda z tego tomu. Ma jednak rzecz, która niepomiernie mnie irytuje i dlatego posłuży za przyczynek do rozważań o epreżkach, zmianach klimatu i technikach protestu.

W tej przygodzie będziemy: Spacerować po orientalnych bazarach, pracować dla straży miejskiej, wykrywać spiski, przeganiać purpurowe robaki i brać udział w powietrznych starciach. Jest też szansa na polityczną intrygę i negocjacje z aniołami.

O co chodzi? Mamy pustynne miasto na granicy wybuchu. Rządzi nim oświecony despota (anioł), a w środku spotkamy lojalną straż miejską, demokratyczną opozycję oraz anarchistów pod przywództwem ifryta. BG wskakują w środek tego galimatiasu i muszą meandrować między sprzecznymi interesami stronnictwo, przyjmując misję od jednej ze stron lub pracując na dwa fronty.

Ze wszystkich tekstów w promiennej cytadeli ta przygoda ma najbardziej otwartą strukturę. Nie ma tu torów, są wybory mające konsekwencje. Intryga, w której uczestniczymy, jest przyjemnie zapętlona, a wątki polityczne ciekawie mieszają się z osobistymi. W paru miejscach można by oddać więcej planowania w ręce BG, zamiast stawiać ich przed gotowymi zadaniami. Naprawdę na tle innych tekstów z tej książki błyszczy. Przypomina trochę New Reno z Fallouta 2, gdzie graczka manewrowała między interesami różnych mafii.

Możemy tutaj rozegrać kilka wielce filmowych i barwnych scen – atak czerwia na miejskim rynku. Pościg przez zatłoczony suk za latającym dywanem, powietrzną walkę dookoła kryształowej iglicy. Moduł świetnie wykorzystuje scenerie (ciekawe starcia na dużych przestrzeniach) i bardzo dobrze ogrywa przenikający go klimat. Chce się w to grać.  

Mam duży problem z tym, jak bardzo ze scenariusza bije prawdopośrodkizm. „Skrajności za złe! A jeżeli stosujesz jakąkolwiek przemoc, w walce o swoje prawa jesteś równie zły, jak tyranii” to przesłanie, które być może nieświadomie wrzucają autorzy. W mieście mamy dwa stronnictwa działające przeciwko opresyjnej władzy. Są ci umiarkowani, z którymi gracze mogą się sprzymierzyć. Brzydzą się przemocą i protestują  przy pomocy wystawiania sugestywnych przedstawień teatralnych w piwnicy. No i są „radykałowie”, którzy robią awantury na bazarach i nie boją się przemocy. Oni są przedstawiani jako ci źli, a ich kryjówka to jedyny loch w tej przygodzie.

Rozumiem, że dla wielu z nas status quo jest wygodny. Świata nie zmienia się jednak poprzez odczyty poezji i grzeczne marsze, które nie wchodzą na trawniczek. Protest, który nikomu nie przeszkadza, najprawdopodobniej nie przyniesie efektów. Sufrażystki nie wywalczyły praw, zachowując się grzecznie. Żebyśmy mogli cieszyć się ośmiogodzinnym dniem pracy, ludzie robili rzeczy, przy których dzisiejsze oblewanie zupą obrazów czy blokowanie M25 to zabawy grzecznych dzieci. Walka o swoje prawa nie jest estetyczna. Nie używajmy fałszywej symetrii, żeby mówić ludziom, zwłaszcza tym, których głosy na co dzień są niesłyszalne, jak mają walczyć. Możecie powiedzieć, że to tylko gra i nie chcemy w niej polityki. Cóż z tego skoro ona tam i tak jest i często nawet nie zauważamy, jak utrwala niektóre narracje. 

Pomimo iż zgrzytam zębami w niektórych miejscach, zdecydowanie planuje ograć ten scenariusz. To bez wątpienia najlepszy materiał z całego tomu. Acha i oczywiście niczym wisienka na czubku – wszystko dzieje się podczas festiwalu.