PDF z Hajdą! jest już dostępny. Zgodnie z zapowiedziami za darmo. Możecie go zgarnąć na itchu.
Autor: Kurczak Strona 2 z 30
Wyobraźmy sobie wyjątkowo znudzonego chochlika redakcyjnego. Ten mały drań przejął kopertę z rękopisem „Opowiadań Bizarnych” Tokarczuk, zmienił nazwisko autorki na Meluzyna Starthief i wysłał do Asimov’s Science Fiction. O dziwo nikt się nie zorientował, że nie pasują. À rebours sympatyczną humoreskę „Sabotaż funkcji celu” Michała Cholewy mógłby wysłać do Odry, Przekroju czy innego mainstreamowego środka nasennego magazynu. Jednak jeden z tych tekstów uznajemy za fantastykę, a drugie za nobliwy realizm magiczny. Dlaczego?
„Hajda!” już dostępna!
Wy też możecie przeżywać przygody na Dzikich Polach w XVII wieku. W miejscu, gdzie kończy się cywilizacja, a zaczyna przesąd; gdzie nad prawem przeważają pieśń i sława mołojecka. Tworzyć opowieści o piekielnikach, którzy, choć szukają wolności, to równie łatwo mogą zarobić szablą przez łeb.
Wystarczy, że na zrzutce wybierzecie nagrodę za 79 zł. Pokryje to koszty druku i wysyłki, a z każdego sprzedanego egzemplarza 39 złotych idzie na fundacje @reactfound , która wspiera Ukraińców walczących na froncie.
Pamiętajcie, żeby w informacjach dodatkowych dodać numer waszego paczkomatu lub napisać, że odbierzecie osobiście w warszawie. Cena jest ta sama – więcej kasy dostanie fundacja.
Wysyłki postaram się robić zawsze na następny dzień. Wpłaty na fundacje co 2-3 dni z zależności od sprzedaży.
Piękna okładka: Brzozo
Chciałem napisać grę o dzikich polach, ale bez wąsa. Dla młodych, otwartych na świat osób, które mają dość mówienia, że Sienkiewicz wielkim pisarzem był, a potęgę husarii to ty szanuj. Chciałem gry, w której zmieszczą się kobiety i dziwaki z różnych stron świata. Takiej, która spróbuje wyjść poza polską perspektywę i pokaże fascynujące skrzyżowanie kultur, tradycji i fantazji, jaką są dla mnie dzikie pola.
To gra, która skupia się na postaciach, dramie i szukaniu swobody. Nie na crunchowym machaniu szablą w szkole krzyżowej.
Dla kogo to gra?
- Dla osób, które lubią szybką akcję.
- Dla traktujących historie jako inspirację, a nie kotwicę.
- Dla lubiących dramę i pakowanie swoich postaci w kłopoty.
- Dla tych, którzy chcą zobaczyć coś innego niż patriotyczną tromtadrację.
- Dla osób z rozrzewnieniem wspominających „dzikie pola”.
Inspiracje:
- 7th sea, John Wick,
- Mroczny Grall, Scott Malthouse,
- Nalewajmy, bracia!, Bogdan Szwarc,
- Corny groń, Kuba Skurzyński
- Piraci z karaibów.
Hajda! to gra o awanturnikach przeżywających przygody na Dzikich Polach w XVII wieku. O życiu w miejscu, gdzie kończy się cywilizacja, a zaczyna przesąd; miejscu, gdzie nad prawem przeważają pieśń i sława mołojecka. Opowiada o piekielnikach, którzy choć szukają wolności, to równie łatwo mogą zarobić szablą przez łeb. Nie próbuje realistycznie odwzorowywać dawnego świata: od historii z podręczników woli pieśni przy ogniskach.
Kiedy: 15 lipca ruszamy z dystrybucją, w trochę nietypowy sposób. Będzie druk, będzie wersja elektroniczna.
Paciepna, pretensjonalna parodia powieści postgotyckiej.
W zapyziałych i skąpanych w mroku Tszczycach przecinają się losy rodzeństwa Kulwieckich, czarnoksiężnika Zgorzelskiego, oraz trupy artystycznej prowadzonej przez demoniczną panią Paimon. Nad miasto nadciąga zagłada. Wracają stare demony, wieszczki widzą przyszłość, a ludzie przegrywają w karty majątki i paktują z diabłem. Pod koniec akcja gwałtownie przyspiesza, by w mocno kwasowo-onirycznej wizji znaleźć finał na księżycu.
Jesteście wolni!
Po dziesiątkach lat niewolniczej pracy, kajdany wreszcie pękły – weszliście do domeny publicznej. Jednak w lochach Disneylandu wciąż gniją wasze siostry i wasi bracia! Dzięki sprytnym sztuczkom prawników, ich niewola zdaje się nie mieć końca. Dość. Rzućcie wyzwanie korporacji. Przebijcie się przez twierdzę (park rozrywki), by przelać krew tyrana (Walta) i uwolnić przyjaciół!
Disneyland musi upaść to punkowa mikro gra fabularna, w której walczycie o domenę publiczną ze złą korporacją. Gracze wcielają się w postacie znane z popkultury biorące udział w rajdzie na twierdzę wielkiej myszy. Mnóstwo, akcji, wybuchów, przemocy i możliwość zostania księżniczką!
Mechanika to hack Eat the reich, bardzo prosta i wykorzystuje tylko kości sześciościenne.
Potrzebujesz tylko:
- 3-5 osób,
- 2-3 godziny czasu,
- czarnobiałej drukarki (wydrukuj, złóż na trzy w ołtarzyk),
- kilku kości sześciościennych.
Przeczytałem w tym roku mniej polskiej fantastyki, niż bym chciał (nie sądziłem, że kiedykolwiek napiszę takie zdanie), ale na tyle dużo, że bez krępacji mogę nominować do Zajdla. Przypomnijmy, nominacje może zgłosić każda osoba, która spełnia jeden z trzech dość prostych warunków, więcej na stronie ZSFP.
Co będę nominował i dlaczego?
Powiedzmy sobie to wprost. Nikt nie czyta Stephensona dla akcji albo dla rozbudowanych portretów bohaterów czy pięknego języka. Stephensona czytamy, bo jak nikt inny potrafi podzielić się z nami swoją najnowszą nerdową zajawką. Obojętnie czy chodzi o rozwój nauki w XVII wieku, czy metody podsłuchiwania ekranu przez kabel zasilania. Dlatego trochę zadrżałem, kiedy dowiedziałem się, o czym ma być Polostan.
Tu u nas w naszej dotkniętej historią mitteleuropie nauczyliśmy się patrzeć na Anglosasów piszących o dziedzictwie socjalizmu, ZSRR i rewolucji z pewną nieufnością. Choć występują na spektrum od pożytecznych idiotów do kowbojów z ręką na atomowym guziku, z rzadka zdarza im się oddać subtelności i problemy naszego dziedzictwa. Zobaczmy, jak poszło tym razem.
Grupa rekonstruktorów lat 40. i 50. dla niepoznaki nazywająca się Polską Fundacją Fantastyki Naukowej znowu to zrobiła. Odgrzali swój clickbaitowy lament, że kiedyś to była prawdziwa hard SF, a teraz to nie ma czasów i trawa jest mniej zielona niż kiedyś. Robią to mniej więcej co kwartał, ale tym razem mi się ulało. Hard SF jest pod dostatkiem, trzeba tylko wyjąć głowę z d… i poszukać.
PFFN repostowała tekst Krzysztofa Sokołowskiego, w którym ten płacze, że Hardej SF już nie ma i nie będzie. Żeby utrudnić polemikę, autor nie zdradził jakie teksty spełniają jego wyśrubowane kryteria ani jakie współczesne utwory należy odrzucić i dlaczego. Znamiennym jest też, że w samym tekście nie jest wymieniony żaden fantastyczny tekst kultury nowszy niż 1962. Argumentacja autora idzie mniej więcej tak: Od czasów WWII nie ma już prawdziwej nauki uprawianej dla przyjemności poznania, a nie dla władzy czy zysku. Ponieważ nie ma prawdziwej nauki, nie może być prawdziwej fantastyki opartej na nauce. Czyli hard SF jest martwe – quod erat demonstrandum. Pozostaje nam zamknąć się w piwnicy i czytać Asimova i Lema, ocierając od czasu do czasu łzy nostalgii i wzruszenia.
Rozpakujmy to po kawałku.
Po pierwsze co to jest hard SF. Definicji znajdziemy mnóstwo, ale większość z nich zgodzi się co do tego, że mają być to historie, które naukę traktują poważnie — laserki nie wydają odgłosów „piu, piu” w kosmosie a midichloriany nie tworzą wybrańców. Hard SF ma budować problematykę, konflikty i światy przyszłości na porządnych podstawach naukowych.
Co prowadzi nas do drugiego punktu – co to jest nauka. Sokołowski chyba najchętniej uznawały tylko matematykę i fizykę teoretyczną, na nauki humanistyczne czy nawet inżynierie patrzy z pogardą. W anlgosferze czasami możemy spotkać rozróżnienie ze Hard SF to inspirowane STEM i soft SF — to które na warsztat bierze np. socjologię. Rozumiem jednak, że autorowi chodzi o SF najhardsze z hardych i najbardziej naukowe z naukowych. Biorąc jednak chociażby kryterium naukowości Poppera zobaczymy, że zawiera się w nim wiele rzeczy poza fizyką. Trzeba tylko przestać się snobować i zobaczyć, że świat poszedł do przodu.
W jednym autor ma racje — nauka ma dzisiaj problemy (tak jak miała je w latach 20. I 30). Terror cytowań i grantów, kryzys replikacji itd. Długo by wymieniać, ale naukowcy sami najlepiej zdają z nich sprawę, nie potrzebują nas Fantastów, żeby im przypominać. Co z tego wynika dla fantastyki naukowej — ano zupełnie nic. SF nie jest bowiem dziedziną pomocniczą nauki, która ma ją popularyzować, nieść pod strzechy i wobec tego, że nie ma prawdziwej nauki, to SF nie ma co robić.
Wiem, że w pewnym momencie modne było opowiadanie: „Ha, ja to nauczyłem się fizyki z książek SF iksińskiego”, albo „zrozumiałem teorie względności po przeczytaniu SF igrekowskiego”. Mam smutną wiadomość. Do nauki fizyki (biologi, socjologi itd.) służą podręczniki. SF zaczęła jako literatura dla pryszczatych nastolatków i najlepsze co robi to nie przekazywanie (hardych) informacji, a rozpalanie ciekawości. Durne „Archiwum X” zrobiło dla rozwoju nauki więcej, iż cała twórczość Stanisława Lema. Dlatego że dziesiątki dziewczyn zobaczyły Scully i dzięki temu poszły studiować jakąś fajną dziedzinę nauki, zamiast zostać junior brand menedżerkami.
Co w takim razie robi dzisiaj Hard SF i gdzie jej szukać? Sokołowski i PFFN mylą niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. Szukają fetyszy, sztafażu związanego z Hard SF złotej ery, ponieważ go nie znajdują, rozkładają ręce i mówią: „przykro mi prawdziwe SF nie żyje”. Ze złotej ery SF pochodzi też stwierdzenie: „żeby napisać dobrą SF, wymyśl technologie i zastanów się, kto będzie przez nią nieszczęśliwy”. Historie, które mają w swoim sercu naukę i opisują jej skutki i owoce wciąż powstają i nadal są niesamowite. Wynikają z tej samej fascynacji nauką i chęci jej zrozumienia. Mają tylko zupełnie inny sztafaż niż te sprzed lat.
Żeby nie być gołosłownym.
Przed chwilą Mag wydał „Ciosy zagłady” Naylera, niesamowity biopunk, który jest całkiem zgodny z nauką i w fascynujący sposób opowiada o konsekwencjach wskrzeszenia mamutów. Zarówno tych biologicznych, jak i społecznych — dla rdzennych mieszkańców Syberii (i społeczności mamutów).
Moje ukochane „Unauthorized bread” Doctorowa. Główna bohaterka jailbrejkuje swoją kuchenkę i przez kontrolę nad technologią w swoim życiu odzyskuje podmiotowość. To historia o opresji, która może wydarzyć się w przyszły wtorek, a cała nauka i technologia potrzebna do jej stworzenia jest dostępna już dziś.
Annalee Newitz napisała w 2017 roku doskonałą książkę „Autonomous”, w której globalna pandemia zmienia świat w korporacyjne piekło. Bohaterka jest piratem farmaceutycznym, który kopiuje receptury bardzo drogich leków i udostępnia je za darmo w internecie.
Zbiór opowiadań „Hieroghlyph”, twórczość Stephensona, Mary Robinette Kowal, która fascynująco opowiada, co dzieje, kiedy postęp technologiczny i społeczny się rozjadą, Catherynne M. Valente, pesymizm Bacigalupiego, w pół zbudowany ogród Ruthanny Emrys. Jest tego więcej, wystarczy poszukać.
Kim Stanley Robinson piszę hardą książkę za książką od „Nowego Yorku 2140” do „Ministerstwa przyszłości”. Każda jedna tak naukowa, jak tylko się da i każda dotycząca problemów klimatycznych, których jeszcze dożyjemy. Rozumiem, jednak że to drugie go raczej działa na jego niekorzyść, wszak Sokołowski i PFFN brzydzą się praktycznymi zastosowaniami nauki, ceniąc jedynie „rozszerzanie granic poznania”. Przypominają w tym operetkowego akademika, który panicznie boi się, że ktoś wykorzysta jego prace do czegokolwiek realnego.
Współczesne osoby piszące SF dostarczają nam ciekawszych i bardziej różnorodnych problemów i wizji przyszłości dlatego że oprócz fizyki matematyki i inżynierii włączyli do swoich skrzynek z narzędziami nowe rzeczy. Dzięki temu te wizje są bardziej prawdziwe a problematyka bardziej relewantna.
Najgorsze co może się zdarzyć fantastyce to trwanie w miejscu i powtarzanie tego, co robiła w swojej „złotej erze”. O kosmolotach i bezdusznych równaniach napisano już dość. Jeżeli cały czas rozważalibyśmy to samo i np. filozofowali o możliwych innych formach życia, stalibyśmy się podobni do literatury werystycznej. Science fiction jest unikalna, bo nie zajmuje się odwiecznymi pytaniami, tylko przyznaje, że nasze dzieci będą miały zupełnie inne problemy niż my i stara się o nich myśleć. Na szczęście cały czas są autorki i autorzy, którzy to robią. Trzeba tylko trochę odwagi, żeby ich poszukać.