Tag: Fantastyka

Hugo 2024

Wersja wideo:

Hugo to jedna z dwóch najważniejszych nagród w fantastyce. Przynajmniej jeżeli chodzi o ciężar i prestiż, bo mam wrażenie, że jeżeli chodzi o fejm i liczbę osób zainteresowanych to nagrody Goodreads przegoniły już dawno i Hugo i Nebule. 

Hugo przyznawane przez społeczność Worldconu. Zarówno w zgłaszaniu nominacji, jak i w finalnym głosowanie biorą udział uczestnicy konwentu (w tym też niebędący na miejscu, ale wspierający zdalnie). To, co jest dla mnie ważne to to, że jest to proces robiony fanowsko i oddolnie. Nie stoi za nim żaden wydawca, żadna korporacja, a decydujący głos ma każdy kto chce się zaangażować. W tym roku Worldcon jest w Glasgow na początku sierpnia i miejmy nadzieje, że będzie mniej kontrowersji niż ostatnio. 

Pozwolę sobie jeszcze na dygresję historyczną. Nagroda Hugo nazywa się tak od Hugo Gernsbecka. To on założył pierwsze czasopismo publikujące utwory SF (w czasach kiedy prawie nikt nie chciał wydawać takich książek). Narzucił na kilkadziesiąt lat stylistykę SF (Streamlined moderne) oraz przez to, że zaczął publikować listy od czytelników, trochę stworzył fandom.

Nagroda przyznawana jest w kilku kategoriach (opowiadania, fanziny, miniopowieści, formy graficzne). W tym roku udało mi się przeczytać wszystkie sześć nominowanych powieści! Dlatego mogę opowiedzieć jedno zdanie o każdej, a potem spekulować o tym, kto wygra.

The Adventures of Amina al-Sirafi – Shannon Chakraborty 

Pełne akcji fantasy w magicznym świecie arabskiej żeglugi po Oceanie Indyjskim X wieku. Są piraci, Magowie, kraken, ale najsilniejszy element tej ksiązki to świetna i bardzo dojrzała główna bohaterka. Literatura przygodowa najwyższej próby.

The Saint of Bright Doors – Vajra Chandrasekera

Weird fiction w którym syn lokalnego mesjasza próbuje sobie na nowo ułożyć życie w niesamowitym mieście. Wspaniale opisana scenografia i świat i lekko rozczarowująca fabuła. Nastrój 7/10, substancja 2/10.

Some Desperate Glory – Emily Tesh

Skrzyżowanie Gry Endera, Opowieści Podręcznej i generycznej do bólu powieści YA. Książka skrajnie nierówna. Trudna do zakwalifikowania opowieść o dziewczynie konfrontującej się z faszyzująco-militarystyczną kulturą, która ją wychowała.

Starter villain – John Scalzi

Wyobraźcie sobie gru i minionki, tylko zamiast minionków są gadające koty i uzwiązkowione delfiny. Poza tym jest o tym o jak dostać własny pub i pokonać starożytne sprzysiężenie złoczyńców. Jak zawsze u Scalziego przyjemna raczej prosta lektura.

Translation space – Ann Leckie

Space opera o dorastaniu, szukaniu swojej tożsamości w dziwnych społecznościach, i super agresywnych obcych istotach o nietypowych zaimkach.

Witchking – Martha Wells 

Demon wraca z piekła i eeee ma romans? Ratuje świat? Przeżywa personal horror? Zabijcie mnie ale, zapomniałem tę książkę w jakieś 24 godziny po przeczytaniu. Jak „Mordbota” uwielbiam, to ta mi nie podeszła.

Podsumowanie:

„Witch king”, „Starter Villain” i „Saint of bright doors” są moim zdaniem najsłabsze z nominowanych i raczej nie powalczą o zwycięstwo. Napisałem to, zanim „święty” dostał Nebule, ale twardo stoję przy swoim zdaniu.

Z pozostałej trójki, „Przygody” są najlepiej napisane, wciągające i pełne akcji. „Translation state” jest w moim poczuciu gorzej napisane, ale porusza znacznie ciekawsze tematy i problemy, jest ambitniejsze w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ciężko powiedzieć, ale szukałbym zwycięzcy w tych dwóch książkach. „Some desperate glory” to z kolei czarny koń tej stawki. Istnieje niewielka szansa, że sięgnie po laury, ale pewniej przepadnie z kretesem.

The Deep Sky  – mini recenzja #8

Yume Kitasei
Głębokie niebo opisuje historię pierwszej ludzkiej misji międzygwiezdnej. Skupia się na paru kluczowych dniach po tym, kiedy na statku następuje eksplozja, trzeba znaleźć winnego i poradzić sobie z problemami, które wywołała.

Było? Oczywiście, że było i to wiele razy, to historia z gatunku tych, które znamy i lubimy, w jej rdzeniu nie ma nic wyjątkowego. Jest za to parę interesujących modyfikacji.

Po pierwsze wszyscy na statku mają wszczepy do obsługi rozszerzonej rzeczywistości. W związku z tym to, co widzą, nie zawsze jest tym, co istnieje naprawdę. Ma to niebagatelne znaczenie, gdy zostaje podważona lojalność, sterującego nimi statkowego Ai.
Po drugie akcja regularnie przeskakuje między krytycznymi wydarzeniami na statku a przygotowaniami do misji. Te drugie są znacznie słabsze. Zwłaszcza że oglądamy drogę przygotowania od małych dzieci i są to najmniej wiarygodnie napisane dwunastolatki, jakie od dawna widziałem.
Po trzecie wreszcie cala załoga tego statku to kobiety. Nie jest to może najważniejszy wątek w tej książce, ale fajnie gdzieś się od czasu do czasu pojawia.

Jako zagadka (kto spowodował katastrofę) — książka nie sprawdza się najlepiej. Nie wykorzystuje w pełni bardzo fajnego potencjału rozszerzonej rzeczywistości i AI do tego, żeby zrobić ciekawe plot twisty w śledztwie.
Jako hard SF jest lepiej. Książka wiarygodnie pokazuje realia misji międzygwiezdnej (zwłaszcza te społeczne) i możliwe problemy. Pomiędzy szkoleniem a motywacjami postaci i ich relacjami z pozostałym podnosi dylemat: Naprawiać ziemię zniszczona katastrofa klimatyczna czy uciekać w kosmos. Siostra jednej z bohaterek ginie w zalewanej wodą Manili, bo pieniądze na budowę murów poszły na opłacenie miejsca osobie z Filipin w misji. Autorce trochę brakuje odwagi do zagłębienia się w temat i przez to prześlizguje się w odpowiedziach na pytania, które stawia. Zostając w smętnym prawdopośrodkiźmie. Mimo to, to zawsze fajny wątek.

„The Deep sky” nie jest książką wybitną, to porządne czytadło, które ma kilka bardzo dobrych scen. Mimo słabszych fragmentów w środku pod koniec było się naprawdę przyjemnie.

Sun of blood and ruin  – mini recenzja #7

Mariely Lares

Ta książka pędzi jak parowóz na amfetaminie. Dawno nie czytałem czegoś tak napakowanego akcją. Na zmianę jesteśmy bombardowani scenami walki, intrygami, spotkaniami z mitycznymi istotami, wielkimi bitwami no i oczywiście, romansami – no po prostu wszystko jest tu rozkręcone up to 11.

No dobrze, ale o czym to w ogóle jest. Zaczyna się jako trochę retelling historii Zorro (z nadnaturalnymi powahami), ale w mocno zmienionym settingu i z podmienioną płcią głównej postaci. Zaczyna, bo bardzo szybko historia ucieka na zupełnie nowe tory – nazywanie „Słońca…” po prostu retellingiem byłoby skrzywdzeniem tego tekstu.

Some desperate glory – minirecenzje #4

Some desperate glory – minirecenzje #4 Emily Tesh

Początek tej książki jest straszny. Przerażająco zły. Jakby ktoś chciał napisać najbardziej generyczną powieść YA, plastikową, bezsensowną, schematyczną do bólu z płaskimi postaciami, które wywołują wyłącznie niechęć czytelnika. Przesłuchanie pierwszych dwóch godzin tej książki kosztowało mnie strasznie dużo. A potem coś się zaczęło zmieniać. Może ktoś dał ten tekst redakcji?

Pod tym wszystkim badziewiem znalazłem całkiem sensowny dialog z „Grą Endera” i trochę z „Opowieścią podręcznej”. Postacie zaczęły mieć sens, a akcja wyskoczyła z szyn i pogalopowała do przodu.

No dobra, ale o co chodzi? Bohaterka żyje wśród partyzantów ze spalonego lasu — w ostatnim punkcie oporu ludzkości po tym, kiedy koalicja kosmitów zrobiła im kuku i zniszczyła Ziemię. Na początku jest prymuską z wypranym mózgiem, a potem ucieka w świat, trafia na maszynę do generowania równoległych wszechświatów, orientuje się że była faszystką i wszystko przestaje być takie proste.

Od tego momentu naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Jest porządna akcja, świat zmienia się jak w kalejdoskopie, a to  znajduje bardzo ładne odbicie w postaciach. Bo mimo iż parę razy spotykamy tych samych bohaterów, to są oni różni w zależności od świata, w jakim się wychowali. Na tle ich zmian bardzo fajnie widać też ewolucje głównej bohaterki – w jej reakcjach i emocjach na styku z innymi, lecz tymi samymi postaciami.

Książka dwa albo trzy razy mnie oszukała. Napięcie sięgało zenitu tak bardzo, że byłem przekonany, że to już finał, a potem patrzyłem na pasek postępu audiobooka i zdziwieniem odkrywałem, że jestem w połowie.

Nie rozumiem, jak dobra książka może się tak źle zaczynać. Znaczy, trochę rozumiem, co autorka próbowała tym osiągnąć, ale to jest praktycznie zastosowane prawo Poego – nie da się poznać czy to pastisz, czy naprawdę źle napisany początek. Jako całość „Some desperate glory” raczej się broni – mimo tego, że jest bardzo nierówne i nie może się zdecydować czy jest książką dla dorosłych czy młodzieży.

The Spear Cuts Through Water – Minirecenzja #3

Simon Jimenes
W tej książce dwójka bohaterów eskortuje nieco zużytą Boginie na drugi koniec świata, po to żeby skończyć tyraniczne rządy imperium. Są sojusznikami trochę z konieczności i przynajmniej na początku mocno się nie znoszą. Po drodze jak można się domyśleć, dokonują epickich czynów i nic nie idzie zgodnie z pierwotnym planem.

Ta opowieść ma dwie przepotężne zalety. Świat, który widzimy, jest niesamowicie wciągający — telepatyczne żółwie, dzieci cesarza i księżyca, zjadanie bogów, floty luksusowych barek rozkoszy — to wszystko jest bardzo baśniowe, zanurzone w kulturze dalekiego wschodu, i porządnie ze sobą zgrane.

Tym, co naprawdę wyróżnia tę książkę, jest niesamowita narracja. To, jak jest wielopoziomowa, płynna i precyzyjna jednocześnie — wow! Jednocześnie słuchamy, jak babcia opowiada bajki małemu dziecku, jesteśmy świadkami snów dorosłego i siedzimy w środku historii głównych bohaterów. Jako wisienkę na torcie dodam, że taka konstrukcja ma uzasadnienie fabularne.

Stosunkowo najsłabiej wypada wątek romansowy. „Momenty” są nawet fajne i kreatywne, ale całość zdaje mi się trochę wymuszona, na zasadzie mamy bohaterów podróżujących razem to napiszmy ich romans. Nieco zabrakło mi drogi do tego łóżka.

„Włócznia” to kawał dobrego fantasy. Wybija się postaciami, z którymi możemy empatyzować, porządna akcja i ciekawym światem. Wszystko okraszone doskonałym pisarstwem.

Lost Cause – Minirecenzja #1

Lost Cause
Cory Doctorow

To jest powieść o walce z katastrofą klimatyczna z elementami solarpunka. Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości, w Kalifornijskim miasteczku. Do miasta zmierza karawana imigrantów, a w samym mieście ścierają się dwie wizje przyszłości, zwolennicy green new dealu i konserwatyści spod znaku MAGA. Pośród tego jest bohater, który zostaje świadkiem zamachu na szkolną farmę paneli słonecznych.

Ludowość erpeżków

Po Coperniconowych prelekcjach zachciało mi się trochę polarpować akademię – dzielę się więc tym, co pozwoliło mi ostatnio spojrzeć na nasze hobby z innej perspektywy.

Zaczęło się od tego, że słuchałem „The Flowers of Bermuda” Stana Rogersa. To ckliwa folkowo-żeglarska piosenka o kapitanie, który poświęca się, żeby uratować swoją załogę. Chcąc sprawdzić jedna rzecz, zajrzałem do tekstu, gdzie w komentarzach znalazłem długą dyskusję na temat tego, czy opisane w piosence wydarzenie miało miejsce, kiedy statek dopiero wypływał z Bermudów, czy gdy do nich docierał po długim rejsie. Wzruszyłem ramionami, bo imho w ludowo-szantowej konwencji piosenki nie miało to żadnego znaczenia.

Zastanawiacie się może, co to ma wspólnego z RPG? Teza, którą chce tu ostrożnie postawić, jest taka, że erpeżkom jest bliżej do kultury ludowej, niż nam się wydaje.

Fantastyka i polityka

Wersja tekstowa mojej prelekcji z konwentu Zjava 2023. Przerobiona później również na wideoesej.

Fantastyka jest podróżą do lepszego świata

Nie dlatego, że czytając ją, możemy pędzić kosmicznym myśliwcem przez purpurowe niebo nad planetą inteligentnych kazuarów, czy razem z bohaterką tratować sandałami złote trony tyranów Hyperborei. Fantastyka jest podróżą do lepszego świata dlatego, że jak żadna inna literatura dotyka świata, który widzicie za oknem i naszej relacji z nim. Pomaga czynić go lepszym.

Siła fantastyki nie bierze się z eskapizmu. Choć możliwość oderwania się od codziennych problemów jest jej piękną i ważną częścią. Czasem każdy potrzebuje oddechu i perspektywy – a moja ulubiona literatura dostarcza go nawet lepiej niż Stardew Valley.

W sercu Fantastyki leży pytanie: Co gdyby? Co stanie się, gdy będziemy mogli sięgnąć gwiazd? Co by się stało ze społeczeństwem, gdyby magia istniała, co gdyby obok nas żyły wampiry i wilkołaki? Tego typu pytania i lepsze lub gorsze próby odpowiedzi na nie budują gmach fantastyki.

Ok, ale czemu mielibyście czytać o ludziach robiących piu, piu z laserka, czy półnagich barbarzyńskich mięśniakach? Chociaż zabrzmi to paradoksalnie, postawię tezę, że fantastyka pisze o rzeczach bliższych współczesnemu odbiorcy niż literatura głównego nurtu, o wielkiej literaturze znanej ze szkoły nie wspominając. Co bowiem ty siedząca na widowni osobo masz wspólnego z bohaterami Braci Karamazow? Dzieli was 140 lat i tysiące kilometrów, żyjecie w zupełnie innej kulturze. To, co zostanie po odrzuceniu rzeczy, które się zdezaktualizowały to ogólne mądrości o naturze lucka godne Paula Coelho.

Tu wchodzi pierwsza z książek, którą chciałbym wam polecić. „Mały brat” Corego Doctorowa. Jej sercem jest technologia — i to przerażająco aktualna. W świecie książki rząd stanów zjednoczonych po zamachu terrorystycznym wprowadza szeroką inwigilację obywateli. Szukając kolejnych terrorystów, ogranicza wolność i prywatność zwykłych ludzi. Książka opowiada o grupie nastolatków posługujących się technikami kryptograficznymi i open sourcowym oprogramowaniem do organizacji mini ruchu oporu i obrony prywatności. W świecie Post-pegasusa i korporacji, które odzierają nas z prywatności dla paru centów zysku, jest straszliwie niebezpiecznie aktualna.

Ponoć, żeby napisać dobre science fiction, wystarczy wymyślić nowa technologia i zastanowić się kto będzie przez nią nieszczęśliwy. Doctorow jak Juliusz Verne opisuje technologie na granicy dostępności, ale pokazuje nie tylko tych, których unieszczęśliwiają, ale też tych, z których robią bohaterów.

Science fiction patrzy w przód – w przyszłość i dlatego jest aktualne. Pozostaje wierne maksymie Czerwonej Królowej z Alicji w krainie czarów – trzeba biec cały czas do przodu, żeby stać w miejscu. Za pierwsza powieść science fiction uznaje się Frankensteina Mary Shelley. Napisana w tle startującej rewolucji przemysłowej, kiedy świat zaczął zmieniać się tak szybko, że przestały nam wystarczać powtarzane od pokoleń przypowieści i baśnie. Potrzebowaliśmy nowych historii ostrzegających o rzeczach, które dopiero nadejdą.

Rola Fantastyki, a zwłaszcza science fiction nie jest jednak przewidywanie przyszłości. Ray Bradbury – autor Kronik marsjańskich powiedział: „Nie zajmuje się przewidywaniem przyszłości, a zapobieganiem im”. Harry Harrison nie pisał o zielonej pożywce, dlatego że przewidywał, że niedługo będziemy żywić się przetworzonymi ludzkimi zwłokami. Pisał, bo chciał temu zapobiec.

I tu dochodzimy do drugiej polecajki. „Calculating stars” Mary Robinette Kowal, to książka o programie kosmicznym w nieco alternatywnym świecie. Meteoryt, który spadł na ziemię w latach 50, rozpoczyna cykl zmian w naszej atmosferze. Te sprawiają, że niedługo ziemia przestanie nadawać się do zamieszkania (znajome?). Rozpoczyna się przyspieszony plan podboju kosmosu, żeby choć część ludzi przetrwała katastrofalne zmiany klimatu na ziemi. To nie ostrzeżenie jednak stanowi o sile tej książki, lecz bohaterowie. Główną postacią jest kobieta, która zaczyna od obsługi komputerów (poczytajcie sobie o początkach informatyki, kto obsługiwał pierwsze IBM-y) z pragnieniem zostania astronautką. Bohaterka jest postacią z krwi i kości, z wadami i problemami, jest ludzka. Taka, z którą możemy się utożsamiać.

Nie ma tu też prostego techno optymizmu – wręcz przeciwnie autorka ciągle przypomina nam, że sam rozwój technologiczny nie wystarczy bez towarzyszących mu zmian społecznych. Nasza bohaterka ciągle ściera się z konserwatywnym społeczeństwem elit USA lat 60. Te starcia i jej walka z uprzedzeniami nie są tak odległe, jak mogłoby się wydawać.

OK, ale to wszystko piu, piu z laserka. A w jaki sposób Ci półnadzy barbarzyńcy są mi bliscy, czyli co z Fantasy?

Literatura fantasy taka, jaka wyrasta z prozy Tolkiena i z przygód Conana barbarzyńcy patrzy raczej w głąb niż w przyszłość. Ze swadą i śmiałością, której próżno szukać w głównym nurcie rozkłada na czynniki pierwsze i składa na nowo mity i legendy tkwiące u podstaw naszej kultury. Dekonstruuje je, pokazując ich nowe strony i pozwalając na nie spojrzeć z nieznanej wcześniej perspektywy.

Weźmy takiego „Szninkla”. To zamknięta komiksowa historia Van Hamma i Rosińskiego. Biblijna w swoich źródłach, lecz fantastyczna w formie. Opowiada historię Szninkla (taki pseudo hobbit) imieniem J’on, przypadkowo wybranego przez boga i obwołanego wybrańcem, zbawicielem swojego ludu. Tylko po to, by po krótkiej próbie zmiany świata miał umrzeć ukrzyżowany na monolicie rodem z odysei kosmicznej. Autorzy przestawiają biblijno-religijne klocki historii Hioba, Chrystusa, ale i czysto fantastyczne tropy Froda i Bilba. Jak każdy dobry tekst kultury ten komiks można interpretować na wielu płaszczyznach i zostawi nas z większą ilością pytań niż odpowiedzi.

Jeszcze do niedawna fantasy było strasznie europocentryczne, teraz na szczęście dochodzą do tego nowe źródła historii, bijące poza światem białego człowieka i pokazujące nam jeszcze więcej nowych wspaniałych punktów widzenia. Afrofuturyzm wstawił nogę w drzwi a teraz dziesiątki powieści i opowiadań etnofantasy pokazują jak zmiana punktu widzenia, otwiera nam nowe możliwości interpretacji znanych historii.

Kiedy pytałem znajomych o to, jakie książki poleciliby początkującym, od razu pojawił się Lovecraft. Tytan kosmicznego horroru, twórca Mitów Ktulu. Pomyślałem, jednak że zamiast niego lepiej polecę wam książkę „Mexican Gothic”, Silvii Moreno-Garcii. To też kosmiczny horror najwyżej próby, ale pisany z unikatowej postkolonialnej perspektywy. Główna bohaterka nie dość, że mierzy się ze złem sprzed eonów, to jeszcze patrzy na to przez pryzmat pytań o władzę, rasizm i pozycję społeczną kobiet w społeczeństwie. Wszystko w gęstym sosie gotyckiej powieści. Serio, zamiast czytać Zew Cthulhu, przeczytajcie tę książkę.

Fantasy potrafi nas zabrać tam, gdzie chciałby iść postmodernizm, ale nie ma odwagi. John Campbell w Bohaterze o 1000 twarzy wskazywał na podobieństwa między mitami różnych kultur, na to, że w wielu historiach bohater powtarza tą samą drogą, obojętnie czy jest Gilgameszem, Harry Potterem czy Lukiem Skywalkerem. W swojej esencji można je nazwać powieściami o zmianie i dorastaniu. Bilbo wracający z podróży nie jest tym samym hobbitem, który w nią wyruszył. Zmienił się i dorósł.

Pewno większość z was grała w produkcje CD projektu albo widziała kawałek serialu. Gorąco was jednak zachęcam do przeczytania Wiedźmina, a zwłaszcza opowiadań. To jest fascynująca historia, o zmianie i dorastaniu głównego bohatera, o tym, jak podróż zmienia jego priorytety i przekonania o sobie. Ponadto wbrew przekonaniu różnych słowianofilów świat wiedźmina pełnymi garściami czerpie z anglosaskich legend, kontynentalnych baśni i wrzuca w to wszystko typowo polskiego bohatera. Przeczytajcie Ostatnie życzenie, bo nie dość, że proza Sapkowskiego jest najwyższej próby to historie, które opowiada, wciąż poruszają.

Fantasy jak żadna inna literatura pozwala nam poznać i przetrawić bagaż kulturowy, który ze sobą niesiemy. Opowiada o herosach i ich drodze. Pozwala zrozumieć, jak dorastamy.

Jak już wspomniałem, science fiction nie przewiduje przyszłości, czasem jednak trafia zaskakująco blisko, Nadświetlny napęd znany ze Star Treka jest w tej chwili przedmiotem rozważań fizyków teoretycznych. Czasem też jest po prostu pasem transmisyjnym miedzy nauka a publiką Post-scarcity economy czy uniwersalny dochód podstawowy to pojęcia, które do w miarę powszechnego dyskursu trafiły całkiem niedawno, tymczasem w książkach KSR czy Webera można było je znaleźć dawno temu.

Jeżeli chodzi o zachwyt nad technologią i nauką, mało kto dorównuje Andy Weirowi. Przeczytajcie „Projekt Hail Mary”. To mniej znana od Marsjanina historia, ale chyba od niego lepsza. Opowiada o misji ratowania świata, o tym, jak wahadłem mierzyć grawitację i o potędze ewolucji. Jego techno optymizm bywa naiwny, ale głębokie przekonanie, że nie półbóg, nie wybraniec losu, nie superbohater z niesamowitymi mocami, a zwykły człowiek wyposażony w potęgę ludzkiej wiedzy może zostać bohaterem, jest fundamentalne dla SF.

Fantastyka pozwala lepiej zrozumieć, kim jesteśmy. Stawiając raz po raz pytanie: „co byłoby, gdyby”, odkrywa przed nami nowe i nieznane możliwości. Powstała, kiedy dorośliśmy i zrozumieliśmy, że nie możemy dalej uczyć się na błędach naszych matek i ojców, bo świat zmienia się zbyt szybko. Wczorajsze ostrzeżenia i przypowieści są dziś nieaktualne.

Ludzie, którzy stworzyli „Mad Maxa” czy „Kantyczke dla Leibowitza” nie przewidywali nuklearnej zagłady, starali się jej zapobiec. Historie, które opowiada fantastyka, są odwrotnością samospełniającej się przepowiedni z tragedii Edypa. Dzięki temu, że je opowiadamy, mamy szansę uniknąć losu, który opisują. Historie fantastyczne pozwalają nam wejść na scenę teatru, zastrzelić (piu, piu z laserka) wyrocznie i z odwagą Conana barbarzyńcy pójść skopać tyłki bogom, którzy próbowali zgotować Edypowi nieunikniony los.

Dlatego Fantastyka to podróż do lepszego świata.

Zdjęcie: Castelviator

Strona 2 z 2

Oparte na WordPress & Theme by Anders Norén