Nigdy dość podkreślania, że im bardziej wychodzimy z naszej niszopiwnicy, tym lepiej. Dlatego z radością witam każdy materiał do erpega publikowany w Nowej Fantastyce. Wiem, że to sąsiednie podziemia, ale jednak nieco większa. Dzisiaj tekst o module „K2: bez powrotu” na mechanice Genesys autorstwa Pauliny Wierzbnińskiej, Macieja Jesionowskiego i Łukasza Smurzyńskiego
Dzisiaj miał być komiks, ale próby korytarzowe pokazały, że śmieszy on wyłącznie autora. Na szybko więc łapcie prościutki generator magicznych książek. Napisałem go na potrzeby jednej przygody, ale wracam do niego nadspodziewanie często. Prawie za każdym razem, kiedy BG trafiają do jakiejś biblioteki.
Nie wiem jak wy, ale ja pracuje zazwyczaj nad kilkoma projektami erpegowymi na raz. Oczywiście z różną intensywnością. Smutny efekt tego jest taki, że część z nich naturalnie obumiera. Bo mam nowe lepsze pomysły, bo zmienia się sytuacja, bo tracę zapał. Pomyślałem, że zrobie podsumowanie projektów, do których raczej już nie wrócę, a które zalegają na moim mentalnym strychu jako ten wyrzut sumienia. Może kogoś to zaciekawi albo pożyczy sobie z tego jakiś fragment.
Kiedyś już chwaliłem tutaj Czas na przygodę. Pozwolę sobie jednak na jeszcze trochę obrzydliwej autoreklamy (jestem jednym z organizatorów) i powtórzę: To strasznie fajne wydarzenie. Między innymi, dlatego że jest robione przez fanów dla fanów i co dwa tygodnie możecie tam zagrać w najprzeróżniejsze systemy. Na przykład w bohatera dzisiejszego wpisu, czyli DURF.
To niewielki OSR napisany przez Emiela Bovena. Objętością i pomysłem najbliżej mu chyba do znanego w Polsce Łajdaka (Knave). Prosta gra, na paru stronach, z założenia łatwa w obsłudze i kompatybilna z resztą gatunku. Ot 2137. Próba stworzenia OSR-a – dla odmiany z Holandii. Od wspomnianego Łajdaka jest jednak prostszy nowocześniejszy i przede wszystkim znacznie, znacznie lepiej napisany.
„Zaginione Światy” się wycofały, „Amalgam” utonął, a „ARC” walczy o życie. Złote czasy, kiedy fundowało się cokolwiek, wrzucone na wspieram.to ewidentnie się skończyły. Dzisiaj jednak chciałbym napisać o innym aspekcie zbiórek, który ma znaczenie, nawet kiedy te się udają.
Chodzi mi o zjawisko separacji hajpu/promocji od produktu.
„Loot the plutes”, czyli w luźnym tłumaczeniu „Złup bogoli” to niewielka gra o skokach i nierównościach społecznych w fantastycznym mieście. Autorem jest Tom Fummo z Penflower ink, a ja znalazłem ją w proukraińskim bundlu itch.io i jako znany lewak po prostu nie mogłem nie przeczytać.
Akcja rozgrywa się w Pozłacanogrodzie. Olbrzymim semindustrialnym fantastycznym mieście. W grze wcielamy się w grupę złoczyńców w typie Robin Hooda. Przynajmniej w tej części dotyczącej rabowania bogatych. Samo miasto to takie hiperkapitalistyczne Zmierzchomurze. Parę najbogatszych rodzin zamieszkuje centralną cytadelę. Cała reszta gnieździ się w wydzielonych dystryktach, próbując przeżyć w steampunkowym bardzo zestratyfikowanym społeczeństwie.
Dziś bierzemy na warsztat starter do Amalgamu. W tej chwili na wspieram.to trwa zbiórka na ten system i nie idzie jakimś szalonym tempem. Pomyślałem, więc że sprawdzę, czy powody są merytoryczne, czy może to kwestia innych czynników. Amalgam napisał i wydaje Jacek Urbańczyk „Jacenty”.
Gońcy spadli mi jak z nieba. Ostatnio jestem tak zawalony rzeczami, że nic dłuższego nie miałbym szans przeczytać i zrecenzować. Na szczęście trafiła mi się ta malutka gra fabularna Kai Solskiej. Możecie tę autorkę kojarzyć z „Gorącej krwi” – gry o wampirach w dyskotece.
Z dużą ciekawością obserwuje, co stanie się z polską sceną dmsguild po wycofaniu się Rebela ze wsparcia DnD 5e. Cicho umrze wraz z systemem matką? Czy może wręcz przeciwnie – brak oficjalnych materiałów spowoduje, że ludzie rzucą się na community content jak na świeże bułeczki? Szczerze mówiąc, nie jestem jakimś szalonym optymistą, zwłaszcza że i tak wcześniej szału nie było, ale może się mylę?
Normalnego wpisu w tym tygodniu nie będzie. Ostatnie dni trochę dały mi w kość
za to wrzucę tu coś, co sprawia mi ostatnio wyjątkowo dużo radości. Nigdy nie nauczyłem się rysować (czego dziś żałuję) a mimo to doskonale bawię się, dłubiąc mapki (tak, wiem, to są plany) na papierze izometrycznym – co i wam polecam, jest to strasznie proste.
W końcu kurcze blade nasze hobby nie jest po to, żeby rywalizować o to, kto znajdzie dziwniejszego indiasa na itchu, zdobędzie więcej lajków za wpis, czy puści streama z większą osobą celebrycką, tylko po to, żeby dawać nam radość.
